para w gabinecie
"Jeśli ja cię nie kocham – po co mamy być razem?". Psychoterapeuta o szczerości, która czasem oznacza rozstanie. fot. Pexels.com

Czy boisz się, że odejście ze związku lub małżeństwa to porażka? Nawet jeśli nie czułaś się w nim spełniona? Psychoterapeuta Piotr Mosak uważa inaczej: „Za długo czekamy na odejście i trochę marnujemy czas. Mamy być szczęśliwi, razem lub osobno." Ekspert wyjaśnia, jak ocenić czy nasza relacja ma jeszcze szansę.

REKLAMA

Czy miłość "na zawsze" to mit? Psychoterapeuta o prawdzie o związkach

Współczesne relacje coraz częściej budzą wątpliwości – czy miłość może trwać całe życie, czy raczej jest projektem na kilka lat? W rozmowie z Mama:Du.pl, psychoterapeuta Piotr Mosak analizuje najczęstsze kryzysy w związkach: od strachu przed zaangażowaniem, przez zdrady, aż po zanik namiętności. I odpowiada na pytanie, kiedy związek lepiej zakończyć.

Mąż z trzema relacjami – jak to możliwe?

Anna Borkowska, Mama:Du.pl: Na początku związku każdy deklaruje chęć stabilizacji. A potem okazuje się, że mąż równolegle utrzymuje trzy inne relacje romantyczne. Jak pan jako psychoterapeuta to rozumie?

Piotr Mosak: Są mężczyźni, którzy deklarują: chcę mieć żonę, stabilizację i dzieci – i rzeczywiście przez kolejne 30 lat dokładnie tak żyją. Są też tacy, którzy na początku myślą, że tego właśnie chcą, ale później okazuje się, że z partnerką do siebie nie pasują.

Chodzi o to, żeby uczciwie to powiedzieć: "Okazuje się, że poszedłem w inną stronę niż ty, kochanie. Dzisiaj mam inne potrzeby niż ty i nie chcę cię okłamywać, oszukiwać. Wolę odejść, wolę się rozwieść, niż cię zdradzać".

Czyli kluczowa jest uczciwość wobec siebie i partnera?

P.M.: O to właśnie tu chodzi. Mamy krzywą Gaussa: sześćdziesiąt kilka procent ludzi jest w porządku. Na jednym końcu skali mamy kilka procent wybitnie fantastycznych osób, a na drugim – kilka procent tych najgorszych. Kiedy pytamy, jak to jest, że facet mówi jedno, a później zdradza – no cóż, to się po prostu statystycznie zdarza.

Wybaczenie zdrady – kiedy i czy w ogóle warto?

Statystyki pokazują, że od 29% do 52% mężczyzn i od 33% do 38% kobiet przyznaje się do niewierności w ciągu życia. Co pan sądzi o wybaczaniu zdrady? Warto? Nie warto?

Wybaczamy dopiero wtedy, kiedy naprawdę to czujemy. Nie wybaczamy niczego za szybko. Zawsze mówię moim klientom: spokojnie, jeszcze zdążymy wybaczyć. Najpierw przechodzimy całą procedurę sprawdzenia: kim jesteśmy, jak jest naprawdę, czy jest tam uczciwość na dzień dzisiejszy, jaki jest rodzaj poczucia winy, pokory, jakie poniesiono koszty, czy jest zadośćuczynienie. (Więcej o tym procesie przeczytasz w tekście o tym, czy zdradę można wybaczyć – siedem pytań, które pomagają odzyskać wolność od bólu).

Ile czasu zazwyczaj potrzeba, żeby móc na nowo zaufać partnerowi po zdradzie?

Osoba zdradzana, przy pracy z psychologiem, najczęściej potrzebuje co najmniej roku. Wtedy dopiero można podjąć decyzję: chcę ci od dzisiaj zaufać na nowo i żyć w szczęśliwym związku po tych trudnych przeżyciach. Wcześniej – absolutnie nie. Nie ma to sensu, bo nie jest uczciwe wobec siebie ani wobec partnera.

Kiedy miłość wygasa – czy warto walczyć, czy odejść?

Czy to prawda, że ludzie nie odchodzą wtedy, kiedy przestają kochać, tylko wtedy, gdy czują się "niewidzialni"? Kiedy ona już dawno mentalnie się wyłączyła, a on nawet tego nie zauważył?

Moim zdaniem za długo czekamy na odejście i trochę marnujemy czas. Jeśli za tym idzie brak uczuć, jeśli czujemy, że nie ma miłości, nie czujemy się kochani, albo sami nie kochamy, to jest moment, żeby odejść i budować życie na nowo. Dać sobie szansę na związek, w którym się zakochamy i poczujemy się kochani. Mamy być szczęśliwi, razem lub osobno. Nie warto marnować czasu na coś, co już nie rokuje.

A co w sytuacji, gdy jedno bardzo kocha i chce ratować związek?

My często mamy tak: "no ale ja cię kocham, to nie odchodź". Nawet ze studentami miewam takie dyskusje, gdy pytają: "no ale jak jedno bardzo kocha, to może warto ratować ten związek?". No właśnie nie bardzo. Naprawdę chcielibyśmy być w związku z kimś, kto nas nie kocha, tylko dlatego, że my go kochamy? Wcześniej czy później i tak będzie nam nieprzyjemnie i rozczarowująco.

Czyli, kiedy w środku wszystko już wygasło, rozmowy są czysto techniczne, dotyk jest przypadkowy, a seks jest z obowiązku albo wcale, to radzi pan odejść, zanim całkiem się znienawidzimy?

Trzeba sprawdzić, czy są jeszcze uczucia. Bo nawet jeśli mamy kochanki czy kochanków na boku, może się okazać, że robimy to po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. Że jest miłość, ale brakuje innych, ważnych rzeczy.

Są, oczywiście, sytuacje zwykłej nieuczciwości wobec drugiej osoby, ale czasem tak się zdarza, że ktoś sięga po romans, żeby pokazać: "ja cię kocham, chcę z tobą być, ale ty mnie ograniczasz, blokujesz, nie chcesz ze mną rozmawiać".

Wtedy ten sygnał o odchodzeniu może być wyrazem potrzeb, które w związku nie są zaspokajane. (Jeśli rozpoznajesz w swojej relacji wzorce, które budzą niepokój, sprawdź, czy nie masz do czynienia z 8 toksycznymi zachowaniami, które niszczą związek).

Kiedy miłość da się jeszcze uratować?

Czy zdarza się panu ratować takie związki?

Tak, zdarza mi się ratować związki, w których ludzie odkrywają, że wciąż jest między nimi miłość, choć weszła w złość, złośliwość – w udowadnianie sobie czegoś, w krzywdzenie się nawzajem, tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Kiedy takie pary rezygnują z kochanek i kochanków i w końcu zaczynają ze sobą naprawdę rozmawiać, okazuje się, że ta miłość między nimi wciąż jest. Że najlepiej czują się w swoim towarzystwie, że wracają do tego, co kiedyś było: potrafią rozmawiać, bawić się, wygłupiać, wracają do łóżka i odkrywają, że lepszego seksu nigdy nie mieli – i nic tego nie zastąpi.

Piotr Mosak

Czyli kluczowe jest, by sprawdzić, czy uczucie jest obustronne?

Jeżeli jest uczucie – romantyczna miłość – i pochodzi ona z obu stron, to jest ona w stanie przetrwać wszystko. Jeżeli jest tylko z jednej strony, to niestety: osoba kochająca będzie cierpiała, a ta, która nie kocha, będzie miała wygodnie.

Więc to już jest niesprawiedliwe i nieuczciwe, bo narażamy kogoś na cierpienie. Dlatego ważne jest, żeby sprawdzić, kim jesteśmy, jakie mamy uczucia, jakie mamy potrzeby i o tym rozmawiać. Trzeba się zastanowić, czy jesteśmy w stanie je spełnić.

Możemy kogoś kochać, a jednocześnie nie być w stanie zaspokoić jego potrzeb i oczekiwań.

Czy decyzja o odejściu powinna należeć do obu stron?

Tak byłoby najlepiej. Głównym kryterium jest uczucie. Jeżeli go nie ma, to nawet jeśli związek dobrze funkcjonuje – bo ludzie żyją w różnych układach, mają firmy, dzieci, zobowiązania – to, mimo wszystko, jest to puste.

Oczywiście można tak żyć i to nawet działa przez jakiś czas. Ale do czasu, aż któraś ze stron nie zakocha się w kimś innym. Wtedy taki układ się kończy, a osoba, która nie znalazła nowej miłości, będzie czuła się niesprawiedliwie potraktowana. Takie układy mogą funkcjonować, ale trzeba pamiętać, że wcześniej czy później mogą się zakończyć.

Namiętność po latach – co ją zabija i jak ją ocalić?

Co tak naprawdę zabija namiętność po 5, 10, 20 latach? To, że widzimy siebie częściej w dresie niż w seksownej wersji? A może po prostu przestajemy się o siebie starać, bo "przecież już jesteśmy po ślubie"?

Dresy niczego nie zmieniają. Ludzie, którzy żyją w krajach południowych i mają na sobie tylko jakieś strzępy ubrań, też mają namiętność – więc nie chodzi o strój.

Chodzi o to, jak pielęgnujemy zainteresowanie sobą nawzajem, na ile ćwiczymy codzienną bliskość, na ile chcemy dotknąć, pogłaskać, zaczepić – także w sposób erotyczny, intymny. (Jeśli szukasz sprawdzonego sposobu na odbudowanie tej bliskości, warto sięgnąć po coś tak prostego jak metoda przywraca namiętność w związku, którą od lat stosują znane pary na całym świecie).

A co dzieje się z namiętnością, gdy ciągle doświadczamy odrzucenia?

W pewnym momencie przestajemy próbować. Wiemy: nie będziemy przytulać, nie będziemy głaskać, bo znowu partner lub partnerka poklepie nas po rękach i powie: nie teraz, nie w tym miejscu, nie w ten sposób. Robimy sobie wtedy krzywdę, bo odrzucając bliskość, namiętność gaśnie.

Mikrozdrady i biologia pożądania – gdzie przebiega granica?

Skoro rozmawiamy o namiętności w długoletnich związkach, warto zapytać też o to, co się dzieje, gdy pojawiają się pokusy zewnętrzne, tzw. mikrozdrady.

Musimy oddzielać rzeczy biologiczne od emocjonalnych. To biologia jest taka, że reagujemy na atrakcyjność innych ludzi – rozszerzają nam się źrenice, uśmiechamy się, czasem pojawia się podniecenie.

Socjalizacja i emocje powodują, że kochamy swojego partnera lub partnerkę i trzymamy tę biologię na wodzy. U przeciętnego człowieka w około 60 procentach przypadków tak właśnie jest: widzimy osoby atrakcyjne, fajne, miłe, ładne, ale nie przekraczamy pewnych granic, bo nie chcemy.

Oddzielanie biologii od emocji oznacza, że samo zauważenie atrakcyjności kogoś nie jest mikrozdradą.

Natomiast to, co z tym zrobimy – czy damy komuś lajka, czy będziemy szukać jego akceptacji, zainteresowania, dążyć do kontaktu, choćby na kawkę – to może być już bliskie temu, co psychologowie opisują jako love bombing (technika manipulacji w związku), kiedy sygnały zainteresowania stają się narzędziem przyciągania i uzależniania. Miłość, emocje i socjalizacja sprawiają natomiast, że te działania chcemy realizować ze swoją partnerką, ze swoją żoną.

Strach przed miłością – skąd się bierze lęk przed związkami?

Dlaczego tak bardzo boimy się, że miłość może się skończyć? Czy bardziej przeraża nas samotność, czy to, że ktoś pewnego dnia powie: "już cię nie czuję"?

Tu chodzi o narrację. Gdybyśmy wciąż mówili, że samochody są niebezpieczne i że co roku w Polsce z powierzchni ziemi znika małe, kilkudziesięciotysięczne miasteczko, to nikt nie wsiadałby za kierownicę. Tak samo jest z nożem – nóż służy do zabijania i nóż służy do ratowania życia. Wszystko zależy od tego, jak go użyjemy. I czego się boimy.

Czyli to, jak postrzegamy zagrożenia, w dużej mierze zależy od tego, co sobie wytworzymy w głowie?

To się dzieje przez narrację, która jest w internecie, że wszyscy są narcyzami, że wszyscy są przemocowcami – a my karmimy się całym tym negatywizmem i tą nieszczęsną wizją. To jest mechanizm psychologiczny – nawet jeżeli coś nas bezpośrednio nie dotyczy, to i tak zaczynamy się bać.

Wystarczy spojrzeć na to, co działo się po ataku na World Trade Center w Nowym Jorku. Okazało się, że ludzie w Nowej Zelandii przez jakiś czas bali się wsiadać do samolotu, choć kompletnie ich to nie dotyczyło. Poszła taka fama, że to jest niebezpieczne, że w samolotach są terroryści – i lęk społeczny się rozlał.

Jeżeli będziemy powtarzać: uważaj, bo trafisz na narcyza; uważaj, trafisz na przemocowca – to wzbudzamy niepotrzebne lęki i obawy już na dzień dobry. Chodzi raczej o to, żeby uczyć się narzędzi rozpoznawania pewnych rzeczy. Uczyć się asertywności, budować poczucie własnej wartości, żeby – nawet jeżeli źle trafimy – wiedzieć, w którym momencie odejść i po czym to rozpoznać.

Piotr Mosak

psychoterapeuta par

A co jeśli ktoś boi się wejść w związek, bo myśli, że trafi na nieodpowiednią osobę?

Jeżeli będziemy wszystkich przestrzegać przed związkami, to tych związków po prostu nie będzie – a wtedy nie będzie też ludzi szczęśliwych. Związki dają nam bardzo duże poczucie spełnienia, miłości i szczęścia. Dlatego nie mówmy ludziom, że to jest coś niefajnego i że mają się bać związków.

Obietnica "na zawsze" – bajka dla dorosłych czy fundament miłości?

Słyszałam tezę, że małżeństwo powinno się zawierać "na próbę", na określony czas. Potem albo przedłużamy umowę, albo rozwodzimy się z miejsca. To miałby być sposób na aktywne staranie się od początku. Co pan o tym myśli?

Nie, to psychologicznie nie brzmi dobrze. Bo jeżeli zawieramy umowę na rok, to od początku wiemy, że ona może się skończyć. A to psuje miłość romantyczną. W gruncie rzeczy chodziłoby o to, żeby mieć możliwość łatwego odejścia, bez żadnych problemów – żeby prawo, prawnicy czy sądy nas chroniły, albo żebyśmy nie mieli obowiązków małżeńskich na przykład.

Tymczasem w miłości romantycznej zakładamy, że wiążemy się na całe życie. To jest pewien rodzaj odpowiedzialności.

I to zupełnie inaczej ustawia nam wszystko w głowie – samo nastawienie jest inne. Ale jednocześnie powinniśmy mieć pewne "pola minowe", żeby zbierać dane i sprawdzać, czy to ma sens, czy nie.

Czy obietnica "na zawsze" to nie bajka dla dorosłych? Ludzie się zmieniają, a związek ma trwać całe życie – czy to nie czasem jak betonowy sufit nad głową?

To samo jest z dziećmi. Rodzimy je, uczymy życia, a potem mają do nas pretensje, że nie spełniamy wszystkich ich oczekiwań. Chodzi o nastawienie: jeśli traktujemy związek jako trwały od samego początku, nasz organizm i psychika ustawiają się inaczej.

Czyli chodzi o to, żeby już od pierwszych chwil wierzyć, że to się może udać?

Dokładnie. Natomiast jeżeli nastawiamy się "na próbę", to od samego początku nie wchodzimy w to w pełni. Nie otwieramy się na drugą osobę. A wtedy marnujemy szansę, żeby być razem przez całe życie.

Nastawiając się na całe życie, dajemy sobie szansę, że to się uda na całe życie.

A kiedy się na to nie nastawiamy, kiedy umawiamy się na rok z możliwością przedłużenia, negocjacji czy aneksu do umowy, odbieramy sobie szansę bycia razem na zawsze. Bo przecież wiadomo, że będą trudności i kłopoty.

Czyli zawirowania w związku to normalna rzecz, a nie powód do rezygnacji?

Tak. Pary, które nastawiły się na całe życie, radzą sobie z tymi trudnościami, ewoluują i tworzą coraz lepsze związki. To nie jest tak, że ktoś ma być idealny na dzień dobry – nikt na dzień dobry nie jest idealny.

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl