
Dlaczego w miejscach publicznych coraz rzadziej reagujemy, gdy ktoś być może potrzebować pomocy. Historia z peronu pokazuje, jak łatwo wybrać obojętność i jak niewiele trzeba, by realnie przerwać niebezpieczną sytuację. Czasem jedno zdanie ma większą siłę niż milczący tłum.
Ludzie nie reagują na otoczenie w miejscach publicznych
Dzisiejsze czasy są specyficzne. Na ulicach ludzie wszędzie pędzą – nie mają czasu nawet na zebranie własnych myśli, a co dopiero na reagowanie na to, co dzieje się wokół nich. W komunikacji miejskiej i innych przestrzeniach publicznych często jesteśmy zatopieni w swoim świecie: słuchamy muzyki, podcastów, scrollujemy ekrany, załatwiamy sprawy w sieci. Coraz mniej w nas uważności na drugiego człowieka – szczególnie wtedy, gdy mówimy o zupełnie obcych osobach spotkanych na dworcu czy w urzędzie.
W tym nieustannym pędzie ubywa życzliwości, empatii i gotowości do reakcji. Pomyślałam o tym, gdy przeczytałam pewien wpis na Facebooku. Jego autorem jest Mateusz Kobus, znany w mediach społecznościowych jako Pan Kobus, określający siebie również mianem "Pana od związków". To twórca cyfrowy i autor książek oraz produktów dla par (gier, quizów itp.), który ostatnio opisał na swoim profilu taką sytuację:
To jedna z tych sytuacji, które – niestety – w przestrzeni publicznej zdarzają się często. Jesteśmy tak skupieni na sobie i na tym, by się nie wtrącać, że wolimy udawać, iż nic nie widzimy. Nie chcemy się angażować, zwłaszcza gdy pojawia się choćby cień potencjalnego zagrożenia. Podobnie bywa w sąsiedztwach, w których dochodzi do przemocy domowej – wiele osób słyszy, niewiele reaguje.
Autor wpisu postanowił jednak zadziałać. Jak przyznaje, być może łatwiej było mu podjąć decyzję również dlatego, że jest mężczyzną – co w takiej sytuacji mogło oznaczać fizyczną przewagę.
Czasami wystarczy jedno zdanie reakcji
"Miałem już kiedyś podobną sytuację na stacji benzynowej, więc bez namysłu, podszedłem i powiedziałem: 'Mysia, pociąg do Katowic ma opóźnienie. Chodźmy do maka coś zjeść'. Spojrzała na mnie i w sekundę złapała kontekst. Facet zmierzył mnie wzrokiem i odpuścił, gdyż jestem dość rosłym chłopem. Odszedł bez słowa, jakby nic się nie stało" – opisuje autor posta.
To prosta metoda, o której często mówią eksperci zajmujący się tematyką reagowania na przemoc w przestrzeni publicznej. Nie chodzi o konfrontację, lecz o stworzenie bezpiecznego pretekstu do wyjścia z sytuacji. Reakcja była szybka, a jednocześnie nienachalna i nieeskalująca konfliktu. Kobieta natychmiast zrozumiała intencję obcego mężczyzny i przyjęła jego pomoc.
W dalszej części wpisu twórca zauważa, że nagabujący mógł być pod wpływem jakiejś używki albo zmagać się z zaburzeniami. Nie zmienia to jednak faktu, że podobne sytuacje mogą kończyć się znacznie poważniej – zwłaszcza gdy ktoś działa z konkretnym, niebezpiecznym zamiarem. Na koniec wpisu Kobus dodaje:
"Stanełem z nią chwile przed dworcem, a przed przyjazdem pociągu wróciliśmy na peron i wsiadliśmy do pociagu na Katowice. Dziewczyna podziękowała i wysiadła dwie stacje dalej. Piszę to teraz, na gorąco w pociągu ku przestrodze: Ludzie, reagujcie, gdy widzicie, że ktoś potrzebuje pomocy. Nie trzeba robić wielkich rzeczy - czasem wystarczy nie odwrócić wzroku i zachowac się tak, jak należy".
Ta historia nie jest spektakularna, choć na mnie robi wrażenie, gdy słyszę na ile aktów przemocy w miejscach publicznych ludzie nie reagują. Tu nie ma w niej pościgów ani dramatycznych scen niczym z filmu akcji. Jest za to coś znacznie ważniejszego – zwykła ludzka uważność.
W świecie, w którym tak łatwo schować się za ekranem telefonu i własną obojętnością, czasem największą odwagą jest po prostu podejść i powiedzieć jedno zdanie, które wybije agresora ze skupienia na celu. Może właśnie od takich drobnych gestów zaczyna się odbudowywanie zaufania i poczucia bezpieczeństwa w przestrzeni, którą dzielimy z innymi.
