
Helikopterowi dziadkowie stają się coraz bardziej widoczni w życiu wnuków – czasem do granic przesady, czasem jako wsparcie, którego rodzice potrzebują. Psychologowie przestrzegają, że granica między pomocą a nadmiernym wtrącaniem się jest cienka.
Helikopterowi dziadkowie w akcji
Na portalu nypost.com znalazłam ciekawy artykuł o helikopterowych dziadkach, którzy niekiedy w przesadny sposób włączają się w życie swoich wnuków. Redaktorzy opisali przykład kilku takich rodzin. W rozmowie z portalem Kami Walker z Port Washington opowiedziała, jak jej mama codziennie pilnuje, by wnuki Lulu i Nico, były odpowiednio ubrane na zimę.
"Jest na bieżąco ze wszystkimi szkolnymi projektami moich dzieci, pyta o wyniki wizyt u pediatry i kupuje wszystkie ubrania dla mojego syna, ale mnie to nie przeszkadza" – mówi Walker.
Kobieta przyznaje, że sama jest helikopterową mamą, więc współpraca z jej własną mamą przebiega w pełnej harmonii.
"To było, jak dostarczanie chińskiego jedzenia"
Peter Shankman z Hell’s Kitchen opowiedział serwisowi zabawną sytuację sprzed lat:
"Kiedy Jessa miała 3–4 lata, przynosiłem ją do mieszkania moich rodziców, oni otwierali drzwi, brali ją i zamykali drzwi. To było, jak dostarczanie chińskiego jedzenia" – wspomina z uśmiechem.
Peter podkreśla jednak, że bardzo docenia bliskość swoich rodziców i ich pomoc w wychowaniu córki.
Zobacz także
Współczesne wyzwania dla dziadków
Niektóre babcie muszą dostosować swoje metody do nowoczesnego rodzicielstwa, jak zauważa Alex Mione z Los Angeles:
"Moja mama wysyła mi Reelsy z Instagrama, w których lekarze mówią, że urządzenia dźwiękowe są niebezpieczne, a śpiworki to kaftany bezpieczeństwa" – mówi Mione.
Psycholog Dale Atkins podkreśla:
"Zdecydowanie lepiej jest, jeśli dziadkowie przyjmują, że nie wiedzą wszystkiego o sposobie wychowania, niż jeśli krytykują metodę rodziców".
Kluczowe jest wsparcie decyzji rodziców:
"Chodzi o to, ile rąk do pracy może objąć dziecko w sposób, jakiego ono potrzebuje. Dziadkowie muszą znać swoje miejsce w tej wiosce, żeby tego nie zepsuć".
Z kolei Lexi Montée Busch mieszka z rodzicami i swoimi dziećmi po pożarach w Los Angeles i docenia ich pełne zaangażowanie:
"Jeśli mogę mieć te dwie osoby do pomocy, to wygrałam na loterii" – mówi.
Wspólne wychowanie daje jej możliwość uczenia się od rodziców, którzy są ekspertami w rozwoju dzieci.
Co ja o tym sądzę?
Mam ambiwalentne uczucia wobec helikopterowych dziadków. Z jednej strony widzę, ile dobra potrafi dać zaangażowany dziadek czy babcia, z drugiej wiem, jak cienka bywa granica między wsparciem a wchodzeniem w buty rodzica.
Sama jestem mamą. Moje dziecko nie ma ani jednej babci, ma za to dwóch dziadków i widzę, jak naturalnie uczestniczą w jego życiu. Są obecni, zainteresowani, ale nie przekraczają granic. Moje dziecko czuje bliskość, a nie kontrolę.
Heli-dziadkowie mogą więc być zarówno błogosławieństwem, jak i źródłem frustracji. Wszystko zależy od granic i komunikacji.
Źródło: nypost.com
