mały chłopiec siedzi w pociągu
Małe dzieci powinny móc przebywać w przestrzeniach publicznych, bo tak uczą się zasad życia społęcznego. fot. mirrorobserver/storyblocks.com

Polscy rodzice mówią o wykluczaniu ich w przestrzeni publicznej tylko dlatego, że są z dziećmi. Nawet jeśli ich pociechy zachowują się zgodnie z normami, ich obecność bywa odbierana jako problem. Tworzenie miejsc "bez dzieci" rodzi poczucie wykluczenia i społecznej niechęci wobec najmłodszych.

REKLAMA

Polscy rodzice od kilku lat coraz śmielej mówią o tym, że w przestrzeni publicznej czują się hejtowani i wykluczani. Coraz częściej przywołują własne doświadczenia z urzędów, restauracji czy komunikacji miejskiej, gdzie spotykają się z brakiem życzliwości, kultury osobistej i zrozumienia. Zwracają uwagę na to, że nieprzyjemne reakcje otoczenia pojawiają się wyłącznie dlatego, że są w towarzystwie dzieci.

Zakaz wstępu dla dzieci do wagonu pociągu

Dla wielu z nich to poczucie bycia ocenianym, obserwowanym i traktowanym jak problem, a nie jak pełnoprawny uczestnik życia społecznego. Ostatnio trafiłam na wpis na Threads, który wywołał ciekawą i momentami bardzo emocjonalną dyskusję o obecności dzieci w przestrzeni publicznej.

"Błagam, czyjaś wolność > czyjś komfort. Niech sobie beda wagony ciszy i wagony dla dzieci. Ale nie wagony 'bez dzieci'. Zastanówmy się, o co nam chodzi? O to, żeby w wagonie było cicho? Spoko, 'wagony ciszy'. Czyli, że w wagonie może być każdy, ale ma być cicho. Luz. Czy może chodzi o to, żeby w wagonie w ogóle nie było dzieci? Bo to już jest wykluczenie" – napisała użytkowniczka o nicku @muhikoon.

Autorka wpisu dotknęła problemu, o którym rodzice mówią od dawna. Nawet jeśli dzieci nie zachowują się w sposób niedopuszczalny czy sprzeczny z normami społecznymi, ich obecność bywa odbierana jako coś niepożądanego. Wystarczy sam fakt, że w przestrzeni publicznej pojawia się dziecko, aby część osób reagowała niechęcią.

Widać to nie tylko w pociągach, ale też w restauracjach, hotelach "bez dzieci" czy wydzielonych strefach na basenach. Nie jestem całkowita przeciwniczką takich miejsc – jako zmęczona mama dwójki kilkuletnich chłopców uważam, ze takie miejsca są świetne także dla rodziców, którzy mają możliwość wyjść/wyjechać gdzieś bez dzieci.

Dzieci to część społeczeństwa

Ale w tym wszystkim nie chodzi wyłącznie o hałas czy komfort. Chodzi o komunikat, jaki wysyła się rodzicom i dzieciom: "nie jesteście tu mile widziane". Tymczasem dzieci są częścią społeczeństwa. Mają prawo korzystać z transportu publicznego, restauracji czy hoteli, o ile znają zasady i potrafią się do nich dostosować.

Tworzenie przestrzeni ciszy jest zrozumiałe. Tworzenie przestrzeni "bez dzieci" – już nie do końca, bo prowadzi do wykluczenia całej grupy społecznej i jeszcze większego nakręcenia społeczeństwa na niechęć wobec najmłodszych.

Jednocześnie warto powiedzieć to uczciwie: część społecznej niechęci wobec rodziców nie bierze się znikąd. Wynika z doświadczeń z tymi opiekunami, którzy nie stawiają dzieciom żadnych granic, pozwalają na wszystko i ignorują fakt, że ich dziecko funkcjonuje wśród innych ludzi.

Krzyki, bieganie po restauracji, niszczenie przestrzeni wspólnej czy brak reakcji dorosłych (jak ostatnio opisywana sytuacja z kijkami na stoku narciarskim) realnie wpływają na komfort (a czasami też bezpieczeństwo) otoczenia. W takich sytuacjach społeczna irytacja bywa zrozumiała.

Problem pojawia się wtedy, gdy odpowiedzialność zbiorowa spada na wszystkich rodziców, także tych, którzy uczą dzieci zasad, reagują i starają się funkcjonować z szacunkiem wobec innych. To właśnie oni najczęściej czują się niesprawiedliwie oceniani i wypychani na margines życia publicznego. A to nie buduje ani wspólnoty, ani zrozumienia – tylko pogłębia podziały.

Czytaj także: