
Zakaz prac domowych miał sprawić, że dzieci w ferie naprawdę odpoczną. Tymczasem jedna zadana lektura wystarczyła, by wywołać oburzenie wśród rodziców. Czy czytanie książki w wolnym czasie to jeszcze szkoła, czy już normalny relaks?
Feire zimowe ze szkolną lekturą
Z jednej strony mamy przepisy, zalecenia, rozporządzenia i apele Ministerstwa Edukacji Narodowej, by nie zadawać dzieciom prac domowych, zwłaszcza na dłuższe przerwy od szkoły – święta, ferie, wakacje. Dzieci mają odpoczywać, regenerować się, odetchnąć od szkolnej presji. I ja to rozumiem. Ba, sama wielokrotnie kiwałam głową z aprobatą, słysząc, że szkoła nie powinna wchodzić dzieciom z butami w każdy wolny dzień.
Z drugiej strony jest jednak życie. A w tym życiu nauczyciele – często bardzo rozsądni i mający już wieloletnie doświadczenie – próbują znaleźć złoty środek. Nie każą wkuwać, pisać wypracowań ani rozwiązywać dziesiątek zadań. Raczej podpowiadają, że wolny czas można wykorzystać na nadrobienie zaległości albo... przeczytanie książki.
W czasie ferii zimowych można to np. zrobić na spokojnie, bez pospiechu i rozumiejąc, co się czyta. I to, szczerze mówiąc, wcale nie brzmi jak zło wcielone. Dlatego z dużym zdziwieniem słuchałam mojej znajomej, która była szczerze oburzona, że wychowawczyni jej córki – uczennicy czwartej klasy – zadała dzieciom na ferie do przeczytania lekturę.
"Dynastia Miziołków", o której przeczytanie poprosiła polonistka, to książka zabawna, lekka, taka, którą wielu z nas czytało jednym tchem. Ale dramat polega na tym, że dziewczynka jedzie na narty i musi ma zabrać książkę ze sobą. Jej mama ubolewała, że po aktywności na stoku mała "będzie musiała czytać".
Przykład idzie z góry
Słuchałam tego i naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo dla mnie czytanie po całym dniu ruchu to czysty relaks. Ciepły koc, herbata, kilka rozdziałów przed snem. Dla mnie to brzmi jak przyjemność, nie obowiązek. Dopiero w tej rozmowie dotarło do mnie, że chyba żyję w bańce. W bańce ludzi, dla których książki są rozrywką, a nie karą.
I to jest dla mnie trochę przykre. Jeśli dorosły reaguje oburzeniem na myśl o czytaniu, to jakie sygnały dostaje dziecko? Jeśli książka jawi się jako coś, co "psuje ferie", "zabiera czas" i "nie pozwala odpocząć", to nic dziwnego, że dzieci nie chcą czytać bez presji ze strony nauczycieli. Nawet fajnych historii i nawet dla przyjemności.
W takiej sytuacji wcale nie dziwię się nauczycielce, że zadaje lekturę na wolny czas. Skoro bez delikatnego impulsu książka w ogóle nie pojawia się w życiu dziecka to może akurat ferie są dobrym momentem, by coś zmienić. Trzeba też zaznaczyć, że przykład idzie z góry. Jeśli dla rodzica książka to przykry obowiązek, to dla dziecka też nim będzie.
Piszę to jako matka, która sama lubi czytać i która stara się zarazić tym swoje dzieci. Nie moralizując, nie zmuszając, tylko pokazując, że w literaturze znajdziemy też przygodę, śmiech, emocje i odpoczynek. To jedna z najprostszych i najtańszych form rozrywki, która działa wyciszająco (w odróżnieniu od ekranów). I naprawdę wierzę, że czytanie "Miziołków" po nartach nikomu raczej ferii nie zepsuje...
