Na zdjęciu widać kilkuletniego chłopca.
System szkolny w Polsce nie zawsze jest w stanie zapewnić właściwą opiekę dzieciom z orzeczeniem. storyblock.com

Dyskusje o dzieciach z orzeczeniami w szkołach coraz częściej budzą skrajne emocje. Jedni mówią o równym prawie do edukacji, inni o chaosie na lekcjach i poczuciu niesprawiedliwości wobec pozostałych uczniów. Przyjrzałam się jednej z takich rozmów.

REKLAMA

"Problematyczne dziecko też ma prawo chodzić do placówki"

Jedna z mam opisała sytuację, która od miesięcy budzi napięcia w klasie jej syna. W grupie jest chłopiec z orzeczeniem, który regularnie zakłóca lekcje, ma trudności z regulacją emocji i zdarza się, że bywa agresywny – zarówno wobec nauczycielki, jak i innych dzieci. W niektórych sytuacjach nauczycielka wspomagająca musi wyprowadzać go z klasy, bo prowadzenie zajęć staje się niemożliwe.

Rodzice wielokrotnie poruszali ten temat na zebraniach, jednak za każdym razem słyszeli tę samą odpowiedź: dziecko z orzeczeniem ma prawo uczęszczać do szkoły ogólnodostępnej. Mama rozumie ten argument, ale nie potrafi pogodzić się z tym, że (jak sama twierdzi) odbywa się to kosztem pozostałych uczniów. Z klasy odeszły już dwie osoby, a ona sama zaczęła się zastanawiać, czy kolejnym krokiem nie będzie zmiana szkoły.

Głos nauczycielki

Jako jedna z pierwszych w dyskusji wypowiedziała się nauczycielka, która od lat pracuje w systemie edukacji. Zwróciła uwagę na to, że mamy dziś do czynienia z nauczaniem włączającym, które w założeniu ma być dobre i potrzebne, ale w praktyce bywa bardzo trudne do udźwignięcia.

Jej zdaniem część dzieci faktycznie odnajduje się w szkołach ogólnodostępnych, jednak są też takie, które wymagają zupełnie innego środowiska i intensywniejszego wsparcia. Problem polega na tym, że szkoły nie zawsze mają odpowiednie zasoby. Czy to kadrowe, organizacyjne czy finansowe. Nie są w związku z tym realnie sprostać potrzebom wszystkich uczniów.

To nie wina tego dziecka

W kolejnych głosach coraz wyraźniej wybrzmiewała myśl, że skupianie się wyłącznie na "problematycznym" dziecku do niczego sensownego nie prowadzi. Dzieci bez orzeczeń także bywają agresywne, impulsywne i trudne wychowawczo.

Niektórzy rodzice podkreślali, że rozumieją strach o własne dziecko, ale nie widzą w tym powodu do wykluczania kogokolwiek z systemu. Jeśli nauczyciele nie dają rady, to nie znaczy, że dziecko nie powinno być w szkole, tylko że potrzebuje innego podejścia. Może dodatkowej pracy z psychologiem czy pedagogiem? Pojawia się też pytanie, czy szkoła faktycznie robi wszystko, by pomóc temu dziecku funkcjonować w grupie?

Były też głosy, że w takich sytuacjach nie da się zrobić wiele więcej niż to, co już się dzieje. Skoro dziecko ma nauczyciela wspomagającego, a w trudnych momentach jest wyprowadzane z klasy, to system działa tak, jak potrafi. Próby rozmów z rodzicami tego dziecka mogą pomóc, ale wymagają ogromnej delikatności i empatii. Bo nikt nie wybiera sobie niepełnosprawności czy trudności swojego dziecka.

Gdzie takie dziecko ma się uspołecznić?

Najmocniejszym momentem tej dyskusji był głos mamy dwójki dzieci z orzeczeniami. Opisała, jak bolesne jest dla niej czytanie komentarzy sugerujących, że takie dzieci powinny "zniknąć" z klas ogólnodostępnych. Przypomniała, że dziecko z orzeczeniem ma prawo chodzić do szkoły, a fakt, że ma nauczyciela wspomagającego, jest już ogromnym krokiem w stronę realnego wsparcia.

Zwróciła uwagę na ważny aspekt, o którym często się zapomina. Jeśli dziecko mieści się w normie intelektualnej lub ją przekracza, szkoły specjalne zwyczajnie go nie przyjmą. Integracja nie jest więc wyborem z wygody, ale jedyną możliwą drogą. A jeśli odetniemy takie dzieci od rówieśników, to gdzie mają nauczyć się funkcjonowania w społeczeństwie?

"U mnie też był taki przypadek, ale podeszłam do tego inaczej"

Inna mama opisała własną drogę do empatii. Przyznała, że początkowo sama miała trudności z akceptacją zachowań innego dziecka w klasie swojej córki. Z czasem jednak zrozumiała, że wiele z tych zachowań wynika z poczucia odrzucenia i ciągłego słyszenia, że jest się "złym" i "niegrzecznym".

Gdy zmieniła sposób myślenia i wytłumaczyła córce, z czego mogą wynikać trudne emocje kolegi, relacje między nimi zaczęły się poprawiać. Co ważne, dziecko, którego najbardziej się obawiano, nigdy nie zrobiło jej córce krzywdy. Za to realnych gróźb doświadczyła ze strony dzieci, które żadnych orzeczeń nie miały.

Rodzice mówią o trudnościach, nauczyciele o przeciążeniu, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim są niczemu winne dzieci – zarówno te z orzeczeniami, jak i te bez nich.

Zadaję sobie pytanie, czy naprawdę nie da się znaleźć rozwiązanie, które nie będzie krzywdzące dla żadnej ze stron?

Czytaj także: