Nauczycielka z przedszkolakami na wycieczce.
Nauczycielki na wycieczce dostały pełne pretensji wiadomości od rodziców. fot. Marek BAZAK/East News
REKLAMA

"Gdzie są jakieś zdjęcia?"

Ostatnio nasze przedszkole zorganizowało wycieczkę do centrum nauki i na wystawę LEGO. Trzy grupy, blisko 70 dzieci. Chętnych więcej niż miejsc, bo wiadomo – LEGO i eksperymenty to dla przedszkolaków pełnia szczęścia. No i to ostatnia wycieczka przed wakacjami i pójściem naszych dzieci do szkoły podstawowej. Dzieci podekscytowane, wszystko zorganizowane perfekcyjnie. Panie od tygodnia ogarniały zgody, bilety, zaopatrzenie z przedszkolnej kuchni, autokar. A mimo to – jak zwykle – nie obyło się bez narzekań. A raczej żądań rodziców.

Jeszcze autokar dobrze nie wyjechał, a już na grupie zaczęły się komentarze. Że "chyba ten kierowca jedzie nieprzepisowo". Że "panie nie wysłały żadnego zdjęcia". Że "chcielibyśmy wiedzieć, co się dzieje i jak dzieci się bawią". Że "można by wrzucić chociaż jedno zdjęcie, skoro są tam po dwie panie na każdą z grup". I we mnie – normalnej, spokojnej mamie – po prostu się zagotowało.

No przepraszam bardzo – czy ktoś naprawdę sądzi, że nauczycielka, która ma pod opieką 20 rozbieganych dzieci, w tłumie innych grup, w hałasie, w nieznanym miejscu, ma jeszcze wyciągać telefon, cykać zdjęcia i wrzucać je na messengerze? Że ma czas ogarniać kilkulatki i jeszcze zdawać rodzicom relację: "Zuzia właśnie patrzy na kulkę z metalu"? Przecież to jest absurd. A gdyby to panie robiły, usłyszałyby, że powinny zająć się dziećmi, zamiast siedzieć w smartfonach?

"Halo, to nie biuro prasowe!"

Zamiast wdzięczności, że panie się w ogóle podjęły organizacji, są pretensje. I to jeszcze o taką głupotę, jak brak wysyłania zdjęć z wycieczki na bieżąco. Chyba powinno być jasne, że opieka nad grupą i bezpieczeństwo są ważniejsze. To wieczne poczucie rodziców, że im się coś należy, nawet mnie irytuje, a co dopiero pedagożki. Wciąż słyszą, że wszystko musi być natychmiast, pod nich, jak zamówienie z aplikacji. A nauczycielka to już nie człowiek, tylko osobisty opiekun, psycholog, ratownik, animator, no i jeszcze reporter.

Nie dziwię się, że nauczycielki są zmęczone i sfrustrowane. Bo ja, jako matka, też jestem zmęczona tym wiecznym narzekaniem innych rodziców. Ich brakiem dystansu, zaufania, zwyczajnego rozsądku. Zamiast się cieszyć, że dzieci przeżywają coś ciekawego, to siedzą i scrollują grupę, czekając na fotkę swojego dziecka jak na wiadomość z frontu.

Kiedyś dzieci jechały na wycieczki i rodzic nic nie wiedział przez cały dzień. I jakoś to działało. A teraz? Teraz jak do 11:00 nie ma relacji na żywo, to zaczyna się panika i pasywno-agresywne komentarze. To nie jest troska – to jest egoizm i potrzeba kontroli.

Mam tylko jedno pytanie do tych wszystkich wiecznie niezadowolonych: po co wam ten kontakt z przedszkolem, skoro traktujecie nauczycielki jak pracownice do usług? Może czas się zatrzymać i przypomnieć sobie, że nie wszystko musi być pod nas. Że inni też mają granice. I że jak tak dalej pójdzie, to nikomu nie będzie się chciało niczego organizować i uczyć naszych dzieci – bo po co?

Chcesz opowiedzieć o swoim zdaniu na jakiś rodzicielski temat? Napisz: mamadu@natemat.pl.
Czytaj także: