
Paulina niedługo zostanie mamą po raz drugi. Termin porodu się zbliża, więc zastanawia się, co zrobi, gdy niespodziewanie zacznie rodzić. Sprawy nie ułatwia fakt, że znajomi mieszkają daleko, a w ciągu dnia w mieszkaniu jest sama z maleńkim dzieckiem. Taka sytuacja może budzić niemały lęk.
"Gdy byłam w pierwszej ciąży i zbliżał się termin porodu, z niepokojem czekałam na powrót męża z pracy. W głowie miałam różne scenariusze: do kogo mogę zadzwonić? Kto może do mnie dotrzeć szybciej niż mąż?
Niestety znajomi mieszkają daleko, a rodzina jeszcze dalej – setki kilometrów od nas. Choć wszyscy mówili, że porody takie jak na filmach zdarzają się rzadko, to jednak to było marne pocieszenie.
Mieszkaliśmy w niewielkim wynajmowanym mieszkaniu. Nasze relacje z sąsiadami ograniczały się jedynie do skinienia głowy w windzie, albo i nie. Nie znaliśmy swoich imion, nie pożyczaliśmy cukru i nie mieliśmy do siebie numeru telefonów.
Musiałam się pogodzić z myślą, że w razie czego będę musiała być niezależna i samodzielna. Spakowana torba do szpitala i aplikacja do zamawiania taksówek wcale mnie jednak nie uspokoiły. Faktycznie obyło się bez hollywoodzkich scen, jednak teraz, gdy jestem w drugiej ciąży, te myśli ponownie powróciły.
A co, jeśli zacznę rodzić?
Właśnie zaczynamy 8 miesiąc ciąży i powoli moje myśli zaczynają krążyć wokół porodu. Tym razem jest trudniej. Mąż jeździ do pracy na całe dnie, a ja w domu jestem sama z niespełna dwulatkiem. Przeprowadziliśmy się do naszego własnego mieszkania, ale nadal nasi znajomi i rodzina są daleko. Jednak niedawno miała miejsce sytuacja, która bardzo mnie uspokoiła.
Podobnie jak w pierwszej ciąży trzeci trymestr jest dla mnie dość mocno senny. Korzystam, że syn jeszcze drzemie i kładę się spać razem z nim. Ostatnio obudziło mnie jednak intensywne pukanie do drzwi. Zaspana i półprzytomna zdziwiłam się, widząc sąsiada. Trochę speszony, widząc mnie w takim stanie, rzucił: 'Janek nie może się do ciebie dodzwonić'. Na telefonie miałam 5 nieodebranych połączeń i 3 wiadomości.
Dobrze móc na kogoś liczyć
Okazało się, że mąż zestresował się, że coś mogło mi się stać i wrzucił pytanie na sąsiedzką grupę, kto może podejść do naszego mieszkania i sprawdzić, czy wszystko ze mną ok. Znamy się tylko z widzenia, owszem znamy swoje imiona, ale raczej nie chodzimy do siebie na kawę. Czasem wymienimy pod blokiem jakieś grzecznościowe zdanie o dzieciach. Jakiś czas temu jednak została założona grupa na messengerze złożona z lokatorów naszego bloku.
Do tej pory służyła wymianie informacji w stylu: 'kto ma pożyczyć pompkę do roweru', albo 'dziś będzie głośniej, bo skręcam szafę'. Nawet nie pomyślałam, jak bardzo może to być przydatne w nagłej sytuacji.
To niby taki niewielki gest, a zrobiło mi się bardzo miło, że ktoś bez wahania rzuci to, co robił, by sprawdzić, jak się czuję. To także sprawiło, że nagle poczułam się w swoim domu bezpieczniej. To spory blok i zawsze ktoś jest, bo część ludzi pracuje zdalnie. Po latach anonimowości i sąsiedzkich pretensji to miła odmiana. Bo przecież nie musimy się przyjaźnić czy wspólnie imprezować, by siebie wspierać i sobie pomagać. W końcu tworzymy małą społeczność.
Myślę, że warto o to zadbać i pielęgnować takie relacje dla bezpieczeństwa swojego i swoich bliskich. Niby to takie oczywiste, ale chyba dawno zapomniane...".
