
"Mam wrażenie, że dla starszego pokolenia ja nic nie robię. Dom i dzieci same się ogarniają, mąż dobrze zarabia, a ja pracuję dla rozrywki i w sumie to ciężko stwierdzić, co robię całymi dniami. Dlatego matka, babka i sztab ciotek usilnie znajdują mi zajęcie..." – żali się Justyna. Podobny problem dotyczy wielu matek.
"Mam trójkę fajnych dzieci, kochanego męża, pracę, w której się spełniam, dom i milion spraw na głowie. Ledwo wyrabiam na zakrętach, żeby wszystko sobie pospinać. Taka klasyczna matka. Nie rozstaję się z kalendarzem, w którym notuję wizyty u lekarzy, plan lekcji, dodatkowe zajęcia dzieci. Nawet wpisuję czas wolny dla siebie, bo inaczej ten czas 'magiczne' znika.
Spontan? Rzeczy jest tyle i ciągle dochodzą nowe, ale staramy się, by i takie chwile nam nie uciekały, ale nie jest to łatwe. Nie daj Boże choroba, bo wszystko się sypie.
Rodzina jest ważna
Staramy się ze wszystkimi utrzymywać kontakt na bieżąco, jednak przez pęd życia, jest to cho!@#nie trudne. I tu pojawia się problem. Oczywiście z każdym chciałabym się widywać częściej, ale natłok zadań na to nie pozwala. Znajomi żyją podobnie jak my i nikt do nikogo nie ma pretensji. Często odkrywamy, że nie wiadomo zupełnie kiedy, minęło pół roku od ostatniego spotkania. Wspólny czas próbujemy więc wykorzystać jak najlepiej. Za to kontaktów rodzinnych mam serdecznie dość!
Od dawna słyszę uwagi i komentarze – mamy, teściowej, ciotek, babć, jak to mało wpadamy i nie dzwonimy. Wszystkie zażalenia trafiają oczywiście do mnie z uroczą adnotacją 'no mogłabyś się postarać', 'czym niby jesteś taka zajęta'. A mnie momentalnie podnosi się ciśnienie! Argumenty, że nie wyrabiamy czasowo, nie przekonują nikogo, bo 'oni jakoś dawali radę'.
Potwornie mnie to wkurza, bo prawda jest taka, że żyli inaczej. Może nie było lżej, ale życie tak nie pędziło. Może i widywali się częściej, ale nie poświęcali tyle uwagi dzieciom, nie wozili ich do przedszkola i szkoły ani na zajęcia dodatkowe. Często mieli pomoc babci, która mieszkała obok i była na emeryturze.
Ten żal czemu nie ma nas na obiedzie, co niedziela, doprowadza mnie do szału. Każda rozmowa i spotkanie to wzbudzanie we mnie poczucia winy.
Dlaczego nie dzwonisz?
Nie mam odwagi powiedzieć, że nie chcę odbierać telefonu, bo wiem, że rozmowa potrwa ponad godzinę, a ja nie umiem przerwać monologu ciotce. Siedzi sama w domu i chce z kimś pogadać, ale nigdy nie przejmuje się moimi planami.
Do szału doprowadzają mnie te ciągłe prośby o to, by coś załatwić 'przy okazji', bo tak nigdy nie jest. Ja ledwo ogarniam swój dom! Czuje się jak czarna owca, bo chciałabym umieć spontanicznie powiedzieć: 'pewnie z chęcią pomogę', ale tak nie jest!
Niby taka zarobiona, z zadartym nosem, nie mam czasu dla rodziny? W rzeczywistości stawiam na moje dzieci, moje małżeństwo i moje potrzeby. To one są na szczycie moich priorytetów.
Wkurza mnie to bardzo, ale wiem, że poprzednie pokolenie tego absolutnie nie zrozumie. Trudno!".
