
Bez wątpienia, gdy my byliśmy mali, alergie były, ale nie występowały aż w takim nasileniu. Dziś często rodzice walczą o normalność dla siebie i swoich małych alergików, a dziadkowie? Zdarza się, że wcale nie ułatwiają im zadania. Zdaniem pani Marty mogą nawet stwarzać poważne zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka.
Alergia to nie wymysły
"Synek ma poważane problemy z alergią i AZS. Choć reaguje na różne produkty, to podstawowe testy wykazały tylko uczulenie na orzechy. Lekarz na ten moment zalecił metodę prób i błędów, powolnego rozszerzania diety i eliminowania tego, co wywołuje wysypkę i swędzenie oraz ponownych prób po kilku tygodniach. Mamy również obserwować, czy nie uczula go coś innego, np. proszek do prania czy kosmetyki. Od pół roku walczymy, bo leczeniem tego nazwać nie można. Błądzimy i zdecydowanie sobie nie radzimy. Każdy kolejny lekarz mówi dokładnie to samo, choć daje inne kremy i leki, to konkretów brak. Efektów też. Ale nie jest 'aż tak źle', by iść do szpitala.
Prawie w ogóle nie sypiamy, bo gdy swędzi, to ciężko mu pomóc. Jesteśmy załamani, bo nie widzimy nawet iskry nadziei, że coś może się zmienić. Na domiar złego co tydzień jeszcze muszę walczyć z teściami, których zdaniem alergia to jedynie moje wymysły i dziwactwa.
Diagnozę postawił lekarz, nie ja
Jestem na maksa sfrustrowana, bo więcej produktów eliminujemy, niż wprowadzamy nowych. Nie wiem już, jak gotować, a ponieważ głównie ja gotuję, to i ja mam poczucie winy, że nie ogarniam. Przerasta mnie kuchnia bez mąki pszennej, jajek i nabiału. Wypieki, placki i naleśniki, to ciągle jakiś niewypał. Jak coś się uda, to okazuje się, że szkodzi dziecku.
Co weekend jeździmy na obiad to teściów i ze względu na to, jak podchodzą do alergii naszego synka, poważnie rozważam rezygnację z tych wizyt. Bo są nie tylko dla mnie bardzo męczące, ale uważam, że zagrażają dziecku.
Choć lekarze są mało pomocni, to jednak zgodni co do diagnozy. Jednak moi teściowie nieustannie to podważają, choć medycyny nie kończyli, a swoje jedyne dziecko chowali prawie 40 lat temu. Nie przeszkadza to im jednak w głoszeniu swoich 'mądrych' teorii.
Dziękuję za taką pomoc
Mąż twierdzi, że jestem zmęczona i przewrażliwiona, a oni chcą tylko pomóc. Dobijanie mnie to żadna pomoc, a jedyne robienie ze mnie wariatki. Nic nie chcą poczytać, dowiedzieć się, za nic mają słowa moje czy lekarzy. Każda kolejna rada jest pomysłem wyssanym z palca, radą jakiegoś szamana albo ma ze 40 lat: 'nasmaruj rączki zamiast kremem to miodem', 'sok z surowego buraka na pewno pomoże', 'powinien pić ziółka', 'jak się naje porządnie jabłek, to mu przejdzie'...
Początkowo przytakiwałam i puszczałam te rady mimo uszu, potem próbowałam tłumaczyć, ale zero zrozumienia, ani nawet cienia chęci zrozumienia. Co więcej, na gadaniu się nie kończy, potrafią wykorzystać chwilę nieuwagi i podać coś dziecku bez naszej zgody, zupełnie nie myśląc o konsekwencjach. Ich zadaniem: 'samo przejdzie', a 'to obchodzenie się jak z jajkiem pogarsza jego stan'. O zostawieniu na kilka godzin lub nocowaniu nawet nie ma mowy przy takim ich podejściu.
Nie wierzą, że jabłko czy banan mogą uczulać. Z testów wyszło uczulenie na orzechy, a oni ochoczo podają mu bakalie, bo zdrowe. Albo częstują czekoladą, bo dzieci lubią. Absolutnie nie rozumieją, że to może się skończyć nawet wstrząsem. Żadne argumenty nie działają, a ja czuję się co tydzień jak po zdarzeniu ze ścianą. Ogólnie są fajnymi dziadkami, ale wolę, by więcej go nie widywali, skoro stwarzają tak poważne zagrożenie. Ja jestem zbyt zmęczona AZS i alergią, by jeszcze martwić, co w tym tygodniu wymyślą.
Wiem, że dziś dużo rodziców zmaga się z problemami zdrowotnymi u dzieci. Macie wsparcie i zrozumienie rodziny, czy wszyscy ze starszego pokolenia mają problem ze zrozumieniem współczesnych problemów i respektowaniem zdania rodziców i lekarzy?".
