Rzecznik Praw Dziecka: "Klaps nie zostawia wielkiego śladu". To wspieranie przyzwolenia na bicie dzieci

Rzecznik Praw Dziecka o klapsach: trzeba je odróżnić od bicia
Rzecznik Praw Dziecka o klapsach: trzeba je odróżnić od bicia fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Rzecznik Praw Dziecka, Mikołaj Pawlak, udzielił wywiadu, który potrząsnął opinią publiczną. W rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla DGP wyznał, że sam bywał karany przemocą fizyczną przez własnego ojca, że nigdy nie uderzył swoich synów, jednak „trzeba odróżnić klapsa od bicia”. Jego słowa wywołały burzę komentarzy.


Temat klapsów, bicia i przemocy został poruszony na łamach "Dziennika Gazety Prawnej" w rozmowie z Mikołajem Pawlakiem bez owijania w bawełnę. Magdalena Rigamonti zapytała rzecznika, czy popiera klapsy. Odpowiedź brzmi kontrowersyjnie: „klaps nie zostawia wielkiego śladu”. Ten „ślad” to ślad na skórze – taki był kontekst pytania. Jednak niefortunne sformułowanie niestety padło.


Rzecznik dodał w rozmowie, że „trzeba odróżnić klapsa od bicia” oraz że "absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne”. Niestety stwierdził też, że „wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc".

Pawlak przyznał, że sam „z estymą” wspomina, jak „dostał od ojca w tyłek”. Choć zapewnił, że sam nigdy nie uderzył swoich synów, dziennikarka słusznie zauważyła, że w tej wypowiedzi wybrzmiała tęsknota za pruskim wychowaniem.

Nic dziwnego, że mediach społecznościowych pojawiła się masa krytycznych komentarzy. Odróżnianie klapsa od bicia sugeruje, że dla Rzecznika klaps to nie bicie. A jeśli nie bicie, to co? Fizyczne ostrzeżenie? Wolne żarty...

Rzecznik Praw Dziecka to człowiek, który powinien murem stać za dobrem dzieci i robić wszystko, by mentalność rodziców kierunkować na empatię i wychowanie bez krzty przemocy. Jego słowa przez wielu zostaną potraktowane jak wyznacznik, drogowskaz, zostaną wyjęte z kontekstu, bo ludzie potrzebują potwierdzenia, że dobrze robią.


Oczywiście nie chodzi o to, by każdego rodzica, który czasem krzyknie na dziecko mieszać z błotem. W tym wypadku chodzi o odpowiedzialność. O świadomość problemu, bo skala jego jest naprawdę duża, a tendencja niebezpieczna i bardzo wyraźna.

W Polsce klapsy akceptuje połowa rodziców, większość nie uznaje ich za przemoc i tylko jedna trzecia wie, że bicie dzieci jest karalne. Te wyniki badań rok temu zmroziły krew w żyłach ekspertów i ówczesnego Rzecznika Praw Dziecka.

Kiedy prawicowy publicysta Łukasz Warzecha odniósł się do wyników wspomnianego sondażu i na łamach „Tygodnika” TVP stwierdził, że klapsy to nie przemoc, eksperci trąbili, że takie opinie powodują, że dzieci w Polsce jeszcze długo będą bite. Fakt, Pawlak nie powiedział tego samego, jednak jego postawa zdaje się usprawiedliwiać tę część rodziców, którzy w klapsach nie widzą nic złego.


- Odróżnianie klapsa od bicia dzieci to wspieranie społecznego przyzwolenia na bicie dzieci. Pozytywne rezultaty edukacji rodziców, wszelkich kampanii o wychowaniu bez przemocy mogą się cofnąć przez propagowanie postawy, jaką zaprezentował Rzecznik Praw Dziecka. Przez takie słowa wypowiadane przez osoby z autorytetem, cieszące się powszechnym szacunkiem, dzieci jeszcze długo będą tkwić w sytuacjach, w których przemoc jest narzędziem wychowawczym - mówi Marta Skierkowska, członkini zarządu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.Słowa Rzecznika oddalają Polaków od świadomości, czym w istocie przemoc jest – tak, krzyk i klapsy to przemoc. Nawet jeśli dzieci sprawiają wrażenie nieskrzywdzonych i obojętnych, obie te formy dyscyplinowania dzieci to wyraz bezradności i próby siłowego załatwienia sprawy. Nie takie wzorce powinien promować Rzecznik Praw Dziecka.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...