Ordynator: „Jesteście tu z dziećmi, bo ja na to pozwalam!". Polskie realia w dziecięcych szpitalach

Pobyt z dzieckiem w szpitalu - to ekstremalna lekcja pokory.
Pobyt z dzieckiem w szpitalu - to ekstremalna lekcja pokory. Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Czego może dowiedzieć się matka, która trafia z dzieckiem do szpitala?

Po pierwsze: że nie ma żadnych praw.
Po drugie: że musi być miła, a jednocześnie niezłomna i cierpliwa – tylko wtedy może coś ugra.
Po trzecie: że trzeba respektować wszystkie – nawet absurdalne zasady – personelu.
Po czwarte: że nie wolno ufać. Lekarze często się mylą.


Pobyt w szpitalu z dzieckiem może stać się piekłem. Módl się, żeby tam nie trafić. A jeśli trafisz, poczuj się jak w dżungli. I walcz.


Agnieszka. W szpitalnym piekle znalazła się przypadkiem. Jej syn, dziesięciomiesięczny Witek, chorował na przewlekłe zapalenie uszu. Z prywatnej przychodni został odesłany do szpitala na L. , jednej z najlepszych placówek w Warszawie. Miejsce akcji: oddział laryngologii.

Monika. W piekle od siedmiu lat. Jej córka, Martyna, od urodzenia choruje na mukowiscydozę. W ciągu roku do szpitala trafia co najmniej kilkanaście razy. Miejsce akcji: Lublin. I też szpital na L. Oddział laryngologii.

Marta. Osiem miesięcy w piekle. Jej syn chorował na ostrą białaczkę limfoblastyczną. Miejsce akcji: oddział hematologii w jednym z dziecięcych szpitali.

Izba przyjęć – witaj znieczulico

Agnieszka: Na izbę przyjęć przyjeżdżam ze służbowego spotkania. Mój syn ma skierowanie na przycięcie błony bębenkowej, czyszczenie uszu. Jest 18.00, w niewielkim pomieszczeniu tłum. Trafiam do innego świata – świata bez zasad. Nie obowiązuje żaden porządek, żadna kolejność. To lekarz wybiera kogo przyjmie. I to nieprawda, że od razu przyjmowane są najcięższe przypadki. Obok mnie siedzi dziewczyna z kilkumiesięcznym dzieckiem. Wychodzi pielęgniarka. Kobieta wstaje, cicho mówi: „Moje dziecko coraz gorzej oddycha."


Pielęgniarka patrzy groźnie: „Co to znaczy, że gorzej oddycha?", „Tak jakby się dusi" mówi tamta. „Zaraz" pada komunikat i pielęgniarka zaczyna odchodzić. Ne wytrzymuję, wrzeszczę „ Czy pani jest głucha?! Ta pani mówi, że dziecko się dusi". Wspierają mnie stojący obok rodzice. „Proszę zająć się tym dzieckiem". Dopiero wtedy pielęgniarka woła lekarza.

Czekam na swoją kolej. W końcu jest. Najpierw pediatra, potem z papierkiem idziemy do laryngologa. „Nie widzę w uszach żadnego płynu, proszę przyjechać za dwa dni" odsyła nas lekarka. „Ale przecież on był badany, z jakiegoś powodu został tu przysłany" tłumaczę. „Nic nie widzę. Następny proszę".

Koniec dyskusji. Cztery godziny zmarnowane. Dwa dni później Witek dostaje czterdziestu stopni gorączki, wymiotuje. Jadę do szpitala, jestem pewna, że to coś związane z uszami. Jest środek nocy, tym razem pusto. Dyżurny lekarz: „Dziecko ma rotawirusa, proszę jechać do przychodni, do rejonu" słyszę. „Jest środek nocy, może chociaż go pan zobaczy?" „Co mam zobaczyć, widzę przecież" wzdycha. „Ale dobrze, niech go pani daje". Bada syna, i jednocześnie prowadzi lekką konwersację z asystentką. O czym? O tym co zrobiła mu jakaś pani Jadzia na kolację. Czyta też głośno i komentuje nowinki na portalu medycznym: „A rzeczywiście to kwestia górnych dróg oddechowych" stwierdza w końcu.
Monika: – Dostaję skierowanie z Centrum Zdrowia Dziecka. Martyna ma problemy z zatokami, konieczna operacja. Mam ze sobą płytę z badaniem tomograficznym. Na izbie przyjęć tłumaczę lekarzowi, że moja córka ma mukowiscydozę, podaje mu płytę. „A po co pani to przywiozła? Ja ja nie mam tego jak odtworzyć. Proszę przywieźć normalną kliszę" oznajmia on. „Ale przecież ma pan komputer" sugeruję. „A nie, to tylko monitor" słyszę.

Jest piątek, 13.00, chcę dostać się do szpitala, wracam więc do Centrum Zdrowia Dziecka po kliszę. Po godzinie łapię tego samego lekarza w drzwiach. „To ja, z tą płytą. Byłam u pana przed chwilą, moja córka ma mukowiscydozę" „Z jaką płytą, jaka muskowiscydoza?" – nawet nie udaje, że nie zapomniał, choć naprawdę nie ma tłumu.

Marta: Karol ma katar, gorączkę. Jedziemy do prywatnej przychodni, mamy wykupiony pakiet zdrowotny. Robimy badania krwi. O 19.00 telefon: „Musi pani jechać natychmiast na oddział hematologii". Do szpitala trafiamy o 23.00. Jeden lekarz szepcze coś do drugiego. Nic mi niczego nie tłumaczy. „Ale co się dzieje?" pytam. Znów szept. Zero informacji. „Proszę się nie martwić" mówi jedyna, sympatyczna pielęgniarka. Oczywiście martwię się milion razy bardziej.

Na oddział trafiamy w środku nocy, jest ciemno, nie można zapalać światła. Dopiero rano, kiedy się budzę, widzę wokół pełno dzieci z łysymi główkami. „Moje dziecko ma raka?" dopytuje lekarza na obchodzie. „Proszę się opanować! Nie jest pani tu sama" on odgania się ode mnie jak od natrętnej muchy.

Oddział – przepraszam, czy to więzienie?

Agnieszka: Warunki w szpitalu – koszmar. Lepiej już chyba jest w więzieniu. Trzy metry kwadratowe, dwa metalowe łóżka. Jedna z matek śpi na materacu, ja na leżaku ogrodowym.

O drugiej w nocy przychodzi pielęgniarka. Zapala światło i komunikuje: „Proszę wynieść to z sali" pokazuje na mój leżak. „Ale dlaczego? Ja tu śpię". „Zaraz wjedzie trzecie łóżko". „Pomieścimy się"próbuję tłumaczyć. „Wynieść z sali, powiedziałam". „A gdzie ja będę spać? Muszę być blisko dziecka, karmię". „Na krześle".

Monika: W ciasnym pokoju córka leży z chłopcami. Jest po zabiegu, ma podłączoną kroplówkę, siostra przynosi nocnik. „Niech dziecko się załatwi". „Ale tutaj?!" „A gdzie?". W pokoju pełno ludzi. Martyna się krępuje. „Przecież ona da radę pójść z tą kroplówką do łazienki, pomogę jej" oponuję. „Nie wolno!" „Ale dlaczego nie wolno?". „Takie są procedury. Niech załatwia się tutaj".

Marta: Na kilku metrach kwadratowych cztery łóżka, i cztery leżanki dla rodziców. Nie można swobodnie ruszyć ręką. Zamknięte okno, ogrzewanie na 100 proc. Trzy toalety na cały duży oddział. Dla rodziców i dla dzieci. Dwie kabiny prysznicowe. Kolejki i brud. Ja kąpię się raz na dwa, trzy dni. Karola myje w sali, w misce. Przecież tu leżą dzieci leczone na białaczkę – każde zakażenie to katastrofa. Kilkoro zresztą dostaje sepsy.

Król Ordynator, królowa Oddziałowa – czyli o tym kto rządzi

Agnieszka: Poznajesz inny świat. Ja, niezależna osoba, która nigdy nie wyobrażała sobie zależności jestem traktowana z buta. Wszystkie pielęgniarki boją się oddziałowej. My, matki, nazywamy ją: „Królowa". O szóstej rano wpada przestraszona świta Królowej (tak nazywamy pielęgniarki). „Sprzątać, sprzątać, siostra oddziałowa będzie krzyczeć, że bałagan". Na ziemi śpi jedna matka. Do piątej nosiła pięciomiesięczną córeczkę na rękach. „Proszę ją obudzić, oddziałowa idzie" mówią tak jakby zaraz do pokoju miał wejść sam pan Bóg.
Monika: „A te buty będą tak tu stały?!" poucza Królowa surowym tonem. „A ta torba będzie tu leżeć?!". Królowa rozdaje przywileje i je zabiera. Na przykład spalił się czajnik. „Czyja to wina?!" złości się Królowa. Gotujemy wodę w małym garnku. „Zwariowała pani?! Proszę to wyłączyć! Czemu taki mały garnek jest na takim dużym palniku! To nieekonomiczne".

Marta: Obchód jest mniej więcej koło 10.00. To nie ma znaczenia. O szóstej rano wszystkie łóżka muszą być poskładane, rzeczy pochowane, w pokojach ma błyszczeć. Dlaczego? Bo o 6.10 na oddział wkracza ordynator i sprawdza porządek.

Przyjeżdża do pracy wcześniej, bo chce ominąć korki. Jest świetnym specjalistą i przy okazji świrem. „A pani tu na wakacjach?!" mówi do jednej z matek, która rozmawia z mężem przez telefon. Ja kiedyś, gdy wchodzi, kończę myć zęby: „To są jakieś żarty?!" krzyczy. Często powtarza: „Jesteście tu z dziećmi, bo ja na to pozwalam! Jedno moje słowo i skończą się żarty".

Inna sytuacja. Nasze dzieci biorą sterydy. Są agresywne, poddenerwowane. Mnie mój syn kiedyś uderzył, bo nie dostał na obiad ziemniaków. Jesteśmy do tego przyzwyczajone. Empatia ze strony większości personelu – zero. Kiedyś, podczas obchodu, jedna z matek nie może opanować dziecka. „Co z pani za matka, że nie jest pani w stanie tego ogarnąć!" rzuca ordynator.

Zasada jest jedna – zawsze ktoś musi oberwać.

Błagaj o wiedzę

Agnieszka: Uczysz się wystawać pod gabinetami, prosić, inaczej nikt ci nie chce niczego powiedzieć. Potem uczysz się, że sama musisz wszystko kontrolować. Po zabiegu dostajemy z mężem dokumentację innego dziecka. Zdjęcie, opis choroby, wszystko. Dokumentacja naszego syna jak kamień w wodę. Dopiero, gdy mąż robi aferę dokumentacja jakimś cudem się znajduje. „Czy dziecko miało podawany antybiotyk o 14.00? A jaką dawkę" pyta mnie pielęgniarka. Tak jakby nie mogły sobie tego zapisywać w karcie. „Nie wiem, mąż był rano" odpowiadam. „Ale jak może pani tego nie wiedzieć. Przecież to pani dziecko!" mówi mi ona.
Pięć dni, na przykład, proszę, żeby Witkowi zmienić opatrunek. Bandaż czarny z brudu, pod bandażem zaczerwienione. „Proszę czekać, nie teraz" słyszę za każdym razem, gdy idę do pokoju pielęgniarek. W końcu wdaje się zakażenie.

Marta: Po kilku dniach pobytu na oddziale, słyszę od innych rodziców: „Naucz się jakie leki bierze twoje dziecko i w jakich dawkach". „Jak to?!!!" dziwię się. „Przecież jestem w szpitalu! Nie mam pojęcia o białaczce". Szybko się okazuje, że mają rację. Karol ma dostać biseptol, dostaje inny lek. Jedna z sióstr, którą nazywamy Siostra Pomyłka myli nawet chemię, która powinno dostać dziecko. Błędy są na porządku dziennym. Nigdy nie pada słowo: „Przepraszam".

Monika: Przykłady pomyłek, błędów mogłabym mnożyć. Martyna zaraz po urodzeniu miała wyłonioną stomię. Ma rok, gdy trafiamy do lubelskiego szpitala, gdzie mają stomię zamknąć. Przez tydzień nikt nie zleca nawet badań. Przychodzi lekarz, zakłada wkłucie centralne w szyję. Kroplówka nie kapie. Idę do lekarza po pomoc, przychodzi anestezjolog, coś poprawia, przy ranie brudnymi rękami. Kilka dni później biorą Martynę na blok operacyjny, ale za chwilę ją cofają, bo anestezjolog nie doczytał, że ona ma mukowiscydozę. Awantura, to moja wina. Następnego dnia Martyna ma gorączkę, kaszle. „To zapalenie oskrzeli" orzekają lekarze. Przenoszą nas na inny oddział. „Moim zdaniem, to zakażenie przy wkłuciu centralnym, obejrzyjcie to" mówię. Nikt mnie nie słucha. Dopiero jedna z lekarek potwierdza moją diagnozę: „To gronkowiec".

Albo inna sytuacja. Przyjeżdżam z Martyną do szpitala, bo ma przepuklinę na bliźnie pooperacyjnej. „Proszę jechać tam, gdzie była operowana" chcą mnie odesłać w środku nocy do Warszawy. A potem zadają mi pytania jakbym była sama lekarzem: „Jakimi nićmi córka była szyta?". „Jak nie ma napisane, to pewnie standardowymi, nie sądzi pan?" odgryzam się. Innym razem wypisują ją do domu z rumieniem guzowatym. „To nic takiego" słyszę.
Monika: Pewnie, jest Centrum Zdrowia Dziecka, są jeszcze inne miejsca dobre, ale cała reszta? To naprawdę koszmar. Miej stalowe nerwy, bo tylko tak sobie poradzisz z brakiem empatii, miej wiedzę i intuicję – bo inaczej twojemu dziecku grozi niebezpieczeństwo. Znaleźć empatycznego lekarza, pielęgniarkę – to wygrać los na loterii!

Dzwonię do jednego z lekarzy, byłego ordynatora oddziału w jednym z warszawskich szpitali dziecięcych.

– No zdarzają się takie rzeczy, wiem. Wszystko zależy od oddziału, od konkretnego lekarza, personelu. Polska służba zdrowia jest w strasznym stanie, lekarze są zmęczeni, jest ich za mało. A i rodzice są bardziej roszczeniowi, często lekarzom nie ufają, wymyślają choroby, chcą być najważniejsi. Zapominają, że nie są jedyni. No takie życie, co ja pani powiem...

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE