Gdyby nie system pracy w Polsce, rodzicom by nie zarzucano, że oddają dzieci „na przechowanie”

Przeciętne dziecko chodzące do żłobka spędza w nim 39 godzin tygodniowo. O 12 godzin dłużej niż jego rówieśnicy w innych krajach europejskich.
Przeciętne dziecko chodzące do żłobka spędza w nim 39 godzin tygodniowo. O 12 godzin dłużej niż jego rówieśnicy w innych krajach europejskich. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Dzieci w Polsce spędzają w żłobkach, przedszkolach i szkolnych świetlicach o wiele więcej czasu niż ich rówieśnicy na Zachodzie. Nauczyciele zarzucają rodzicom, że przyprowadzając dzieci przed ósmą rano a odbierając po szesnastej, całkowicie zrzucają na nich obowiązek ich wychowywania. Rodzice biją się w pierś i zarzekają się, że nie są w stanie odbierać ich wcześniej bo pracują do godz. 16 czy 17. Innych godzin pracy pracodawcy z reguły nie akceptują.

39 godzin bez rodziców
Średni czas pobytu dziecka w polskim żłobku wynosi 39 godzin tygodniowo czyli niemal 8 godzin dziennie. To o 12 godzin tygodniowo dłużej niż w innych krajach europejskich. Gorzej niż w Polsce jest tylko w Portugalii – apelował kilka dni temu „Dziennik Gazeta Prawna” opierając się na wynikach tegorocznego raportu Eurydice, analizującej systemy edukacyjne w Europie.

Podobna sytuacja jest także w przedszkolach i szkołach podstawowych. Nauczyciele często narzekają, że rodzice po dzieci systematycznie się spóźniają, a oni muszą z nimi zostawać czasami długo po godzinach.

Wiadomo jednak, że te osiem godzin to średnia – są też dzieci, które na rodziców muszą czekać jeszcze dłużej. Według GUS więcej niż co trzeci żłobek pracuje 10 godzin na dobę. A większość Polaków, niezależnie od tego, czy ma dzieci czy nie pracuje 8 godzin dziennie. Do tego dochodzą jeszcze dojazdy, korki i to, że czasami nie da się wyjść z pracy o określonej godzinie nawet jeśli pracują od – do.

Niestety, chociaż pracodawcy od dawna mówią o tym, że należy uelastycznić rynek pracy, chodzi im raczej o to, by łatwiej było rozwiązywać umowy o pracę i korzystniej dla siebie liczyć czas pracy (przepisy o jego rocznym rozliczeniu) niż uelastyczniać system pracy tak, by rodzice mogli w miarę wcześnie zabierać dzieci do domu.


Praca na niepełny etat
Najprościej byłoby, gdyby rodzic po urodzeniu dziecka i wyczerpaniu urlopu rodzicielskiego, mógł wrócić do pracy na cześć etatu. Tak bardzo często robi się na Zachodzie. Tymczasem w Polsce, jak czytamy w ostatnim raporcie Narodowego Banku Polskiego, w niepełnym wymiarze czasu pracy z powodu konieczności łączenia obowiązków rodzinnych z zatrudnionymi pracuje zaledwie 1,1 proc. z tych, którzy mają umowę na cześć etatu.

Dla porównania w krajach skandynawskich współczynnik ten oscyluje wokół 35 proc.

Dlaczego tak się dzieje? Pomijając aspekt finansowy (połowa pensji, którą się wówczas dostaje, rzadko kiedy wystarcza na życie), to bardzo często nie chcą się na to godzić pracodawcy.
Wiktor Wojciechowski
główny ekonomista Plus Banku

Pracownik zatrudniony w niepełnym wymiarze czasu pracy to dla firmy kłopot organizacyjny. Łatwiej jest zatrudnić jedną osobę niż dzielić obowiązki na dwie

Sytuację dodatkowo komplikują nieżyciowe przepisy prawa pracy, które powodują, że firma nie wie, jak rozliczać niepełne etaty i w obawie przed inspekcją pracy, woli z nich zrezygnować. A rodzicowi, który przychodzi do nich z propozycją przejścia na pół etatu, wręczają wypowiedzenie proponując w zamian umowę o dzieło czy zlecenia. A to zwykle dla nich mniej korzystne rozwiązanie.

Telepraca też nie cieszy się popularnością
W nowej ustawie o promocji zatrudnienia, która weszła w życie w maju tego roku zapisano dwa dedykowane dla rodziców i opiekunów rozwiązania. Jedno to świadczenie aktywizacyjne, drugie – grant na telepracę. W ramach tych rozwiązań pracodawca może dostać dofinansowanie z urzędu pracy (nawet 800 zł), jeśli zechce zatrudnić osobę wracającą na rynek pracy po urodzeniu dziecka. – Te pieniądze są rekompensatą za ewentualne niedogodności wynikające z takiego zatrudnienia – wyjaśnia wiceminister pracy Jacek Męcina.

Niestety, nie jest to popularne. W całym kraju skorzystały z niego tylko pojedyncze osoby. Dlaczego przedsiębiorcy nie chcą dodatkowych pieniędzy? Problemem jest zwłaszcza telepraca. Nie dość, że przepisy o jej stosowaniu są niejasne, to w dodatku przedsiębiorcy boją się utraty kontroli nad pracownikami. Bariera mentalna nie do przeskoczenia.

Urlop na raty
Z niespecjalnym entuzjazmem wśród pracodawców spotkał się pomysł Bronisława Komorowskiego o tym, by przysługujący dziś roczny urlop rodzicielski można było wykorzystywać na raty – przez sześć czy tak jak w Szwecji, nawet osiem lat. Ten urlop oczywiście byłby płatny.

Projekt ustawy miałby trafić do Sejmu jeszcze w tej kadencji, czyli najpóźniej w pierwszej połowie przyszłego roku. Inaczej posłowie nie zdążą się nad nim pochylić.

W przygotowywanej przez Kancelarię Prezydenta inicjatywie znajdzie się zapis o tym, by można go było wykorzystywać nie tylko na miesiące czy tygodnie, ale także na godziny. To by umożliwiało rodzicom odbieranie dzieci z placówek wcześniej niż obecnie.

Co na to wszystko przedsiębiorcy? Jak nietrudno się domyśleć nie są zachwyceni. Uważają, że to tak skomplikuje im pracę, że niewykluczone, iż będą rezygnowali z zatrudniania kobiet na umowę o pracę.

A jak Wasi pracodawcy patrzą na to, że macie małe dzieci? Czy oferują ekstra udogodnienia? Piszcie na: kontakt@mamadu.pl
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE