Jestem zły na ojców "na niby". Wywiad z autorem bloga Halo Ziemia Konradem Kruczkowskim

Konrad Kruczkowski, autor bloga Halo Ziemia
Konrad Kruczkowski, autor bloga Halo Ziemia Fot. Jacek Matuszek / OPCOM
– Nieustannie mówimy o kryzysie męskości. Tyle, że ten kryzys nie ma nic wspólnego z szerokością spodni czy długością brody. Manifestuje się w tym, że mężczyźni zamiast tego, co ważne, wybierają to, co wygodne. Ojcostwo to nie są okazyjne akty dumy i interwencja kryzysowa – mówi w rozmowie z MamaDu autor bloga roku Konrad Kruczkowski

Anna Kowalczyk: Wszyscy nam mówią, że w internecie najlepiej sprzedają się mocne tezy, hejt i filmy z  kotami. A Ty piszesz o wartościach, o dylematach etycznych, o swoich mękach dusznych ex-studenta teologii, o tym, jakim cudem jest Twoja córka. I zostajesz blogerem roku???
 
Konrad Kruczkowski: Wciąż pozostaję zdumiony, że człowiek tak nudny jak ja, znajduje dla siebie odbiorcę. Chyba zbliżamy się w Internecie do granicy zmęczenia jadem i głupotą. Nie jest tak, że treści wyrazistych czy lekkich będzie mniej, ale przestrzeń dla osób, które chcą podzielić się czymś trudniejszym rośnie.



Świat wartości to nie rocket science. To bardzo praktyczna codzienność. Kiedy pisze o tym, że miłość do córki to nie jest kwestia deklaracji, ale obecności: przewijania, pielęgnacji, pamiętania o szczepieniach, oglądania tysięczny raz tej samej książki, to piszę o czymś absolutnie podstawowym. I chyba potrzebnym, bo odzywa się mnóstwo ludzi, najczęściej mam, które mówią: jest mi bardzo przykro, bo mąż wybrał inny model. Ucieka w pracę, kolegów, każdy wolny wieczór to konsola. Wtedy jestem zły.

Wystąpienia Konrada Kruczkowskiego na Blog Forum Gdańsk 2014 Czytaj więcej

Na kogo jesteś zły? Na facetów? Współ-ojców? Na, tfu, patriarchat? Uważaj, bo dostaniesz łatkę feministy, a to trochę pocałunek śmierci w tym kraju...

Umierać za zdrowy rozsądek to chyba nie tak znowu najgorzej, prawda? (śmiech) Tak, jestem zły. Na mężczyzn. I na specyficzny model ojcostwa na niby.
Nieustannie mówimy o kryzysie męskości. Tyle, że ten kryzys nie ma nic wspólnego z szerokością spodni czy długością brody. Manifestuje się w tym, że mężczyźni zamiast tego, co ważne, wybierają to co wygodne. I jeśli odpowiedzialność za dziecko spoczywa tylko i wyłącznie na mamie, to owszem, mężczyzna znajduję w tym jakąś iluzję komfortu, ale trudno mówić tu o byciu tatą. Ojcostwo to nie są okazyjne akty dumy i interwencja kryzysowa.

Kiedy, tak jak dzisiaj, wracam z pracy zmęczony, to chciałbym usiąść przy nowym Haliku, albo móc porozmawiać z tobą o bardziej przyzwoitej porze. Ale córka potrzebuje mnie, a żona chwili na oddech. Halik nie ucieknie. Czas, kiedy jestem potrzebny swoim dziewczynom, owszem. Nie chcę dźwigać poczucia, że to straciłem.

Mówisz: "dźwigać poczucie" i "chwila na oddech". Matka we mnie się wkurza, że Twoja żona na oddech od dziecka ma tylko chwilę, a Ciebie motywuje strach przed przyszłym poczuciem winy.

Chwila na oddech to średnio trafiony skrót myślowy, za którym kryje się prawo kobiety do odpoczynku, własnych aktywności, swoich planów i swojego czasu. To jest przestrzeń, w której mężczyzna nie tylko może, ale powinien się pojawić i zająć dzieckiem.

Rodzicielstwo to partnerstwo szczególnego rodzaju. Odpowiedzialności za dziecko nie da się podzielić według ściśle ustalonych proporcji, według tabelek. Jeśli ojciec nie wie, że zbliża się kolejny termin wizyty lekarskiej, nie zna rozmiaru ubranek, nie uczestniczy w życiu dziecka, to znaczy, że coś nie działa. W praktyce – że zaangażowana jest tylko mama. Wszyscy tracą.

Oczywiście, nie można pomijać przypadków granicznych, trudnej sytuacji ekonomicznej. kiedy równe zaangażowanie obojga rodziców nie jest możliwe. Zwykle jednak to nie ekonomia, ale decyzja mężczyzny, który unika zaangażowania. Rzadziej kobiety, która na to zaangażowanie nie pozwala, bo w ten sposób zyskuje wobec dziecka uprzywilejowaną pozycję.

Trudna sytuacja ekonomiczna to nie jest taka znowu rzadkość. Mężczyźni zarabiają więcej, więc ograniczenie pracy na rzecz obowiązków domowych to bardzo realna groźba zubożenia rodziny. Choć pewnie zmienianie pieluch po powrocie z pracy albo podanie dziecku kolacji niczym strasznym nie grozi. A jednak nadal wielu ojców od całej sfery opiekuńczo-pielęgnacyjnej trzyma się z dala. I nie decyduje na wykorzystanie urlopu rodzicielskiego czy nawet na 14 dni tacierzyńskiego. W czym problem? 

Myślę, że po pierwsze w modelu, który dostaliśmy w spadku. Mokra robota, ale też zdolność do okazywania bliskości, to rzeczy kojarzone z kobietami. Przypisywane mamom. Po drugie, stoi za tym strach. Nikt nie uczy nas ojcostwa. Nie potrafimy, więc chowamy się w pracy, przed ekranem komputera, bo to bezpieczna strefa komfortu. Potrzebujemy mądrych szkół rodzenia, mentorów, innych mężczyzn, z którymi można otwarcie rozmawiać.

I system. Oczywiście system oskarżać najłatwiej. Ale widzisz, korzystałem z urlopu tacierzyńskiego, później pełny wypoczynkowy, dalej praca zdalna. Nie zdecydowaliśmy się na podział urlopu rodzicielskiego. Wygrała obawa, że jeśli granica nieobecności w pracy zostanie przekroczona, to tej pracy już nie będzie. Zresztą, uległość wobec tego lęku do dzisiaj mnie zawstydza i przyprawia o wyrzut sumienia. Nigdy więcej.

No więc skoro nawet Ty wymiękłeś przed tą obawą to może faktycznie niezbywalny, zarezerwowany dla ojców kawałek urlopu rodzicielskiego to niegłupi pomysł?
 
Obawiam się, że to półśrodek. Potrzebny, ale półśrodek. Pracodawcy zawsze będą umieli ominąć takie rozwiązania. A finalnie pozycja potencjalnych ojców na rynku będzie trudniejsza.

Czyli wreszcie będzie porównywalna z pozycją matek. Wybacz sarkazm, ale nie mogę się powstrzymać.

Powiesz, że to idealizm, ale sądzę, że zmiany prawne muszą poprzedzić zmiany kulturowe. Musimy wrócić do elementarnych wartości i rozumienia roli pracodawcy również w kategoriach odpowiedzialności społecznej. Nie zawsze to co wartościowe jest opłacalne, i nie zawsze to co opłacalne jest wartościowe. Dopóki taka perspektywa nie będzie czymś naturalnym, to żadne przepisy nie pomogą.
Tyle, że jedne zmiany kulturowe nie nadążają za drugimi. Oczekiwania i aspirację kobiet są znacznie wyższe niż otwartość na zmiany i przejęcie choć części obowiązków opiekuńczych przez facetów. A czasy, w których tylko on pracował i zarabiał a tylko ona zajmowała się domem i dziećmi minęły bezpowrotnie.

Oboje dobrze wiemy, że są środowiska, nie tak znów marginalne, które wciąż kwestionują prawo kobiet do samorealizacji, w tym realizacji w roli mamy. Jeśli kobiety po urodzeniu dziecka mają utrudniony powrót na rynek pracy, albo ich prawo do długiego urlopu rodzicielskiego jest kwestionowane, to w praktyce kwestionowane jest macierzyństwo. Tak długo jak pracownicy będą traktowani w kategoriach zasobów, a nie podmiotowo, tak długo będziemy mieć tu problem. Niezależnie od płci.

Oczywiście piłka jest też po stronie tych ojców, którzy mogą, a nie chcą się angażować. To, że potrafimy wskazać źródła tego zjawiska, nie znaczy, że możemy je usprawiedliwiać. Pozostawienie rodzicielstwo w rękach mam, brak inicjatywy w opiece nad dzieckiem, to zdrada ojcostwa. W konsekwencji to zdrada męskiej tożsamości.

Mam wrażenie, że mężczyzn decydujących się na większą odpowiedzialność stawiamy w szczególnie dobrym świetle.Tymczasem to zupełnie naturalne i nie powinno być pożądaną anomalią.

Zdrada ojcostwa? Halo Ziemia do Konrada! Chcesz być tym, który potrząśnie polskimi niedzielnymi tatusiami? Takimi od grania w piłkę i zabierania na lody raz w tygodniu?

Wbrew pozorom towarzyszy mi pewne poczucie rzeczywistości. (śmiech). Jeśli mówimy o ojcostwie, to chcę być po prostu dobrym tatą. I wiesz, to nie jest akt heroizmu. Mam wrażenie, że mężczyzn decydujących się na większą odpowiedzialność stawiamy w szczególnie dobrym świetle. Tymczasem to zupełnie naturalne i nie powinno być pożądaną anomalią.

Obserwuję, że kiedy mężczyźni rezygnują ze swojego pozornego komfortu i bezpieczeństwa, i wchodzą w rodzicielską rzeczywistość, to już nie chcą robić kroku wstecz. Nic nigdy wcześniej nie rozwijało mnie tak jak ojcostwo. I nie znam taty, który by się pod tym nie podpisał.

Jak Ci się podoba polska blogosfera parentingowa?

Jest nieźle. Naprawdę. Zwłaszcza jeśli patrzymy szerzej, bo przecież blogi parentingowe to też Dorota Zawadzka, Gosia Musiał, duża część waszego serwisu. Podobne przyciąga podobne, więc bliżej mi do tych blogów, gdzie mniej produktów i porad, a więcej rodzicielskiej autorefleksji i tematów społecznych. Będę optymistą i zaryzykuję stwierdzenie, że rosnąca ilość blogów parentingowych to dowód na rosnącą świadomość wychowawczą. Cieszę się, że w kolejnej edycji konkursu Blog Roku parenting ma swoją dedykowaną kategorię. Mocno o to zabiegałem.

To kogo czytasz regularnie?

Ola Radomska ma świetne, lekkie pióro. Zresztą znamy się i lubimy prywatnie. Paulina z Potworów Wózkowych. A przy okazji Pauliny - Śląsk jest niesamowity. Tam społeczność piszących mam bardzo mocno funkcjonuje w trybie off-line. I to działa. Dziewczyny bardzo sobie pomagają.

Dalej Nishka, Aga Rogala, Dobra Relacja wspominanej Gosi Musiał. Marysia Górecka. Młoda Matka. Moje niedawne i spóźnione odkrycie to blog Stelli. Na każdym z tych blogów znalazłem przynajmniej jeden tekst, który jest dla mnie ważny.

Ani jednego ojca-blogera?

Byłem pewien, że zapytasz. Jeśli mówimy o regularnym czytaniu, a na stole leży parenting, to niestety. Blog Ojciec, Tata w pracy, często, ale nie regularnie. Czas rodzica nie jest z gumy, a staram się śledzić blogi w ogóle, bo fascynuje mnie zjawisko.

Piszesz książkę, a nawet książki. To będą analogowe wersje bloga czy coś zupełnie z blogowaniem niezwiązanego?

Odwiedzając zakłady karne i pracując z osadzonymi chłopakami, zauważyłem, że cechą wspólną mężczyzn, również tych bez wyroków, jest paniczny strach przed tym, że czegoś nam brakuje.I strach, że ktoś to odkryje, nazwie po imieniu. W naszym kręgu kulturowym to problem specyficznej więzi ojców i synów. Większość z nas na pewnym etapie życia uświadamia sobie, że nosi w sobie żal do rodziców, czegoś tam zabrakło. O tym pierwsza książka. Niestety, już dzisiaj wiem, że nie ukaże się na początku przyszłego roku i datę premiery będzie trzeba mocno przesunąć.

Drugi projekt, który zacznę realizować już niebawem blogowo, a docelowo w formie książki, to cykl rozmów o wartościach i różnym rodzaju wrażliwości w przestrzeni publicznej. Pomysł pojawił się, kiedy trafiłem na kilka niezwykle mądrych wypowiedzi Janiny Ochojskiej i uznałem, że jest bardzo potrzebne, żeby głos takich osób był słyszalny bardziej i częściej. To taki mój akt niezgody na nieustanne mówienie o rzeczach złych i głupich.

A co jest najgorsze i najgłupsze w tym, co rodzice robią swoim dzieciom?

Mija miesiąc od momentu jak Biuro Rzecznika Praw Dziecka opublikowało badania dotyczące przemocy wobec dzieci. Ponad połowa z nas akceptuje klapsy jako formę wychowawczą, większość stosuje. Blisko jedna trzecia rodziców traktuje klapsy jako preludium do bardziej wyszukanych form przemocy. I to nie jest problem tych poszczególnych rodziców, to jest problem totalnie społeczny. Mój, twój. Każdego. Bo to jest rozrywanie poczucia własnej wartości, oszukiwanie tych dzieci. Nie można się na to godzić. Klapsy, każda przemoc, to nie jest metoda wychowawcza, tylko antywychowawcza. Nie można bezsilności, braku dojrzałości i kompetencji, nazywać metodą wychowawczą.

Czasami o czymś piszę, dyskutuję, szukam argumentów i niezależnie od wyniku tych rozmów, przychodzi taki moment zmęczenia. Że dość, wszystko już powiedziano. Przemoc wobec dzieci stanowi wyjątek.

Ale próg tolerancji na nazywanie klapsów bezmyślną przemocą, nawet wśród Twoich czytelników okazał się za niski. Oskarżenia o pięknoduchostwo i kpiny w stylu "pogadamy jak ci dziecko podrośnie" to i tak najłagodniejsze z komentarzy pod Twoim tekstem o klapsach. Smutne to.

Smutne, że skala problemu jest tak duża. I oczywiście ta skala na blogu znajduje swoje odzwierciedlenie. Ale tekst, tak na Halo Ziemia, jak i wcześniej na łamach Onetu, przyjął się dobrze. Bardzo dużo osób podało ten materiał dalej. Oprócz tego, że wyraźnie stawiamy granicę, to bardzo ważne jest, żeby jednak mówić o sprawie możliwie spokojnie i merytorycznie. Raz, że wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z daleko idących konsekwencji bicia dzieci, dwa, że sami zostali wychowani w określonych warunkach i bardzo trudno wyjść poza ten schemat.
Czego uczą klapsy. O bezradności i antywychowaniu.

Kiedy słyszę, że ktoś był bity, i dzięki temu jest dzisiaj tym, kim jest, zawsze odczuwam silną potrzebę odwrócenia tego twierdzenia. Kim byłbyś, gdyby twoi rodzice, zamiast bić, poświęcili ci więcej czasu i uwagi, więcej mówili, a przede wszystkim słuchali uważniej? To pytanie zazwyczaj pozostaje bez odpowiedzi. Czytaj więcej



Pamiętam moment, w którym szkicowałem ten tekst. Dziewczyny spały, to była jakaś okrutnie wczesna godzina. Czwarta, albo piąta w nocy. Wiesz, obłożony książkami, Branden, Jull, Harris, sklejam to w jakąś znośną całość... Ja nie umiem pisać, myślę bardzo wolno, to jest zawsze rzeźbienie... Na chwilę wszedłem do pokoju, gdzie śpi Lila, i pomyślałem - to było bardzo intensywne - że jestem tatą, i to jest pierwszy, ostatni, i wystarczający argument, żeby nigdy nie zgodzić się na agresję. Nawet w najbardziej niepozornej formie. Myślę, że przy odrobinie otwartości i dobrej woli każdy rodzic może to w sobie odkryć.

Jak dla mnie wystarczy, że odkryje w sobie szacunek do prawa, które w tym kraju zabrania bicia dzieci.

Obawiam się, że większość rodziców nie wie, że wymierzając dziecku klapsa łamie prawo. To jest również problem nomenklatury. Klaps brzmi niewinnie. Na Twitterze jakiś czas temu padło pytanie, czy rzecz dotyczy klapsów, czy przemocy? Otóż klapsów czyli przemocy! Zaskakujące, że większość osób, z którymi rozmawiam nie chce za pomocą klapsa dyscyplinować ludzi dorosłych. W miejscu pracy, w kolejce do sklepu… Czujemy, że ludzi nie wolno traktować w ten sposób i to nie wymaga dodatkowych uzasadnień.

W sprawie jest element, który irytuje i smuci mnie szczególnie. Nigdy nie ukrywałem, że sposób w jaki patrze na świat bardzo mocno wyrasta z wartości bliskich chrześcijaństwu. Tyle, że moje środowisko coraz częściej staje na głowie i mamy do czynienia z tańcem hipokryzji. Bo z jednej strony zabiegamy o szczególny status rodziny, jest dla nas oczywiste, że człowiek staję się człowiekiem na długo przed narodzinami. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, również prawnymi. Ale jeśli prawo ma później tego małego człowieka bronić przed aktami przemocy, to wychodzimy na barykady z okrzykiem, że państwo chce ingerować w przestrzeń zarezerwowaną dla rodziców. Widzisz ten brak konsekwencji?

Widzę. Zresztą nie jedyny, ale to na inną rozmowę. A co to za projekt robisz z Jarosławem Kuźniarem?

To blog. Zresztą, Jarek z różną częstotliwością publikuje w sieci od kilku lat. Po gali Blog Roku, gdzie się poznaliśmy, był jurorem w mojej kategorii, pojawił się pomysł, żeby to, co dotychczas tworzył w sieci przekuć w coś bardziej konkretnego. Przemyślanego. W związku z tym, że się znamy, możemy wymieniać się doświadczeniami. Sam od Jarka bardzo dużo się uczę i świetnie, że w jakimś stopniu mój blogowy know-how może być przydatny w jego pracy.
 
Przez chwilę myślałem, że to pytanie poza taśmę. Niezręcznie mi o tym mówić, bo dzięki temu, że prowadzę bloga w taki, a nie inny sposób, mam możliwość budowania relacji z wieloma wartościowymi, a często też znanymi ludźmi. Natomiast nigdy nie chciałem niczego na tych relacjach ugrać. Unikam publicznych deklaracji. Nie publikuję selfie. Ale tak myślę teraz: dobrze, że rozmawiamy. To jest dobry przykład, który pokazuje, że blogi dzisiaj nie są już pamiętnikami, ale narzędziem, po który coraz częściej chcą sięgać profesjonaliści.

A Ty jesteś blogerem-profesjonalistą czy amatorem?

Jeśli profesjonalizm oznacza wysoki standard to bardzo się staram. Natomiast wciąż mam poczucie, że może to już nie początek drogi, ale do końca jeszcze bardzo daleko.

Ostatnio moja blogowa aktywność była mniejsza, publikowałem rzadziej, ale grudzień, a zwłaszcza nowy rok przyniesie zmiany, bo blog stanie się jednym z moich podstawowych zajęć. Po ośmiu latach rozstaję się z branża reklamową. I gdyby nie ojcostwo, to by się nie wydarzyło. Rozmawialiśmy o urlopie rodzicielskim, tam zabrakło odwagi i mówiłem, że nigdy więcej. Miesiąc temu wracałem z planu zdjęciowego, na pięć dni - w domu dwa, duża marka, spełnienie zawodowych marzeń. Ale w słuchawce telefonu słyszę “ta-ta” i wszystko się we mnie łamie. Bo o 4 nad ranem, kiedy Lilę budzi zły sen, moje miejsce jest tam, a nie w samochodzie na trasie Warszawa-Kraków.
Trwa ładowanie komentarzy...