
Cztery dni bez Lidla czy Biedronki, a niektórzy już zachowują się, jakby czekał nas kryzys zaopatrzeniowy. Grudniowy kalendarz wywołał niemałe poruszenie, choć trudno mi zrozumieć, dlaczego jeden dodatkowy dzień bez zakupów budzi aż takie emocje. Mam wrażenie, że ta sytuacja mówi o naszym przywiązaniu do konsumpcji znacznie więcej, niż moglibyśmy przypuszczać.
W grudniu markety zamknięte przez 4 dni
Sklepy zamknięte w niedziele i święta to temat, który chyba przestał już budzić większe sensacje. Kiedy wprowadzono zakaz handlu w niedziele (z wyjątkiem wyznaczonych niedziel handlowych), wywołał sporo emocji. Pojawiały się głosy, że utrudni życie Polakom, bo niektórzy pracują przez cały tydzień i tylko w niedzielę mają czas, by zrobić większe zakupy dla całej rodziny.
W 2018 roku, kiedy przepisy weszły w życie, wiele osób było oburzonych. Mnie ten pomysł jednak przekonywał. Myślałam przede wszystkim o ludziach, którzy pracują w marketach, podczas gdy ich rodziny mają wolne i mogą spędzać czas razem. Nie bez znaczenia było też to, że sklepy są przecież otwarte od rana do wieczora przez pozostałe sześć dni tygodnia. Przy odrobinie organizacji można znaleźć czas na zakupy nawet w natłoku codziennych obowiązków.
Od tamtej decyzji minęło już osiem lat i chyba wszyscy powoli przyzwyczailiśmy się do tego, że niedziela może być dniem odpoczynku, a nie biegania po sklepach. Osoby pracujące w handlu również mają wtedy szansę spędzić czas z bliskimi. A tym, którzy obawiają się, że nie zdążą zrobić zapasów przed większymi wydarzeniami, takimi jak święta, początek wakacji czy majówka, pozostawiono kilka niedziel handlowych w ciągu roku.
Teraz w mediach pojawiła się informacja, że w grudniu czeka nas wyjątkowa sytuacja, bo sklepy będą nieczynne nie tylko w niedzielę. Jak podają różne portale, przed nami aż cztery dni bez handlu. Większość publikacji przedstawia to jako niecodzienne utrudnienie, a część odbiorców już zaczyna zastanawiać się, jak przetrwa cztery dni bez przekroczenia progu Lidla czy Biedronki.
Rzeczywiście, w grudniu 2026 roku czeka nas nietypowy układ kalendarza. 24 grudnia przypada Wigilia, która od 2025 roku jest dniem ustawowo wolnym od pracy. Do tego dochodzą dwa dni Bożego Narodzenia, czyli 25 i 26 grudnia. W tym roku pierwszy dzień świąt wypada w piątek, drugi w sobotę, a zaraz po nich mamy niedzielę 27 grudnia, która jest niedzielą niehandlową.
W ten sposób tworzy się czterodniowa przerwa w handlu. Taki układ powtórzy się dopiero w 2037 roku, o ile obecne zasady dotyczące niedziel handlowych pozostaną bez zmian. To rzeczywiście wyjątkowa sytuacja. Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że sklepy są niemal zawsze dostępne, a zakupy możemy zrobić właściwie w dowolnym momencie.
Nic więc dziwnego, że informacja o czterech dniach bez handlu wywołała tyle emocji. Niektórzy już zastanawiają się, jak zaplanować zakupy, żeby przez ten czas nie musieć po nic jechać ani wychodzić z domu.
Zobacz także
Jesteśmy cali zanurzeni w konsumpcjonizmie
Muszę przyznać, że te reakcje trochę mnie bawią, a trochę przerażają. Pokazują bowiem, jak bardzo jesteśmy zanurzeni w konsumpcjonizmie i jak mocno przyzwyczailiśmy się do mechanizmu ciągłego kupowania, gromadzenia i posiadania coraz większej liczby rzeczy. Jasne, czterodniowa przerwa w handlu będzie wyzwaniem logistycznym dla dużych marketów.
Trzeba odpowiednio zaplanować dostawy, zatowarowanie i pracę sklepów po świątecznej przerwie. Można się też spodziewać, że w dniach poprzedzających Boże Narodzenie klienci tłumnie ruszą na zakupy. To jednak kwestie organizacyjne. Mnie znacznie bardziej zastanawia coś innego: dlaczego perspektywa czterech dni bez możliwości zrobienia zakupów budzi w niektórych tak duży niepokój?
Nie chodzi przecież o to, że nagle zabraknie nam żywności. Chodzi raczej o przyzwyczajenie do tego, że wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Możemy w każdej chwili podjechać do sklepu, dokupić brakujący produkt, a czasem wrzucić do koszyka coś, czego wcale nie potrzebujemy. Tak łatwa dostępność sprawia, że nie zawsze planujemy zakupy, rozsądnie gospodarujemy jedzeniem czy zastanawiamy się, ile tak naprawdę jesteśmy w stanie wykorzystać.
Tymczasem wystarczy podejść do sprawy metodycznie. Zaplanować zakupy, przemyśleć świąteczne menu i przygotować posiłki tak, by nie kupować na zapas wszystkiego, co wpadnie nam w oko. Pieczywo można przecież upiec samodzielnie albo wcześniej zamrozić. Wiele produktów ma długi termin przydatności, a część potraw można przygotować z wyprzedzeniem. Cztery dni bez sklepów nie oznaczają przecież czterech dni bez jedzenia ani konieczności robienia zakupów na wypadek końca świata.
Dla mnie ta sytuacja jest przede wszystkim okazją do zastanowienia się nad tym, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do nieustannej dostępności i kupowania bez większego namysłu. Co więcej, warto pamiętać, że z czterech dni bez handlu aż trzy przypadają na święta, kiedy sklepy i tak byłyby zamknięte. Niedziela 27 grudnia to po prostu dodatkowy dzień, który możemy przeznaczyć na odpoczynek.
Zamiast więc złościć się, że przez jeden dzień dłużej nie zrobimy zakupów, może warto wykorzystać tę okazję do czegoś pożyteczniejszego? Przyjrzeć się temu, ile pieniędzy wydajemy na jedzenie, którego później nie jesteśmy w stanie zjeść, ile produktów ląduje w koszu i jak często kupujemy coś tylko dlatego, że akurat mamy taką możliwość.
Nie musimy przecież traktować zamkniętych sklepów jak sytuacji kryzysowej. Może te cztery dni będą dobrą lekcją tego, że potrafimy poradzić sobie bez ciągłego kupowania. A przy okazji przypomną nam, że wolny czas, spokojny posiłek i chwile spędzone z bliskimi są warte znacznie więcej niż kolejna wizyta w markecie.
Źródło: businessinsider.com.pl




