dziecko z mamą
Czy dzieci potrzebują publiczności przy odbiorze świadectwa? Kiedyś odpowiadano: nie. Dziś odpowiedź brzmi zupełnie inaczej. fot. Pexels.com

Zakończenie roku szkolnego wygląda dziś zupełnie inaczej niż za czasów mojego dzieciństwa. Nie pamiętam, żeby rodzice brali wolne w pracy po to, by uczestniczyć w moim odbiorze świadectwa. To, co kiedyś było prostym, szkolnym rytuałem dziecka, dziś stało się niemalże wydarzeniem rodzinnym.

REKLAMA

Poranek, który zapadł mi w pamięć

Kiedy myślę o zakończeniu roku szkolnego z mojego dzieciństwa, widzę bardzo prosty obraz. Wstawałam rano, trochę podekscytowana, jak zawsze przed czymś ważnym.

Na stole czekały już kwiaty dla wychowawczyni, czasem drobne pieniądze na coś "na drogę", jakaś słodka bułka czy kanapka. I to właściwie wszystko. Nie pamiętam, żeby rodzice szykowali się wtedy ze mną do szkoły.

Nie pamiętam, żeby ktoś brał wolne w pracy, żeby usiąść na sali gimnastycznej i patrzeć, jak odbieram świadectwo. To był mój dzień, ale przeżywany raczej w szkolnej wspólnocie niż w rodzinnej oprawie.

Rodzice oczywiście byli ważni, ale ich obecność nie musiała być fizyczna na każdym wydarzeniu. Świadectwo odbierało się po prostu w klasie lub na sali gimnastycznej, czasem z krótkim apelem i tyle.

Patrząc na współczesne zakończenia roku, widzę coś zupełnie innego. Sale gimnastyczne pełne rodziców, telefony w górze, nagrania, zdjęcia, emocje. Potem jeszcze spotkania w klasach, rozmowy z wychowawcami, wspólne chwile, które dawniej były wyłącznie domeną uczniów i nauczycieli. I nie chodzi mi o to, że to jest złe. Raczej o to, że to jest zupełnie inny model. Taki, w którym rodzic jest obecny podczas każdego szkolnego wydarzenia.

Co się zmieniło po drodze?

Zastanawiam się czasem, kiedy dokładnie nastąpiła ta zmiana. Czy to szkoła zaczęła bardziej zapraszać rodziców? Czy to my jako rodzice zaczęliśmy bardziej chcieć być wszędzie?

A może jedno i drugie jednocześnie? Bo dziś trudno sobie wyobrazić sytuację, w której dziecko idzie samo na zakończenie roku i wraca ze świadectwem, a rodzice mogą je obejrzeć dopiero po pracy, przy kolacji. A przecież tak właśnie kiedyś było, przynajmniej u mnie.

Dzisiejsza obecność rodziców na zakończeniach roku stała się czymś oczywistym, wręcz oczekiwanym. Nikt się już nie dziwi, że mama i tata są na widowni, robią zdjęcia, przeżywają razem z dzieckiem ten moment.

Można powiedzieć, że to wyraz większej bliskości i zaangażowania niż kiedyś. I pewnie coś w tym jest. Dzieci mają poczucie wsparcia, a rodzice mogą uczestniczyć w ich małych i dużych sukcesach.

Mimo wszystko wracam myślami do tamtego prostego obrazu: zapach kwiatów przygotowanych wcześniej, szybkie wyjście do szkoły, krótka uroczystość i powrót do domu. Bez kamer, publiczności i całej tej oprawy.

I nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, czy było lepiej. Wiem tylko, że było inaczej. Bardziej cicho i bardziej "szkolnie". Może ta zmiana nie mówi tyle o samej szkole, co o nas. O tym, że dziś bardziej chcemy być obecni, bardziej dokumentować i bardziej przeżywać wspólnie.

Patrzę na to wszystko bez oceny. Raczej jak na ciekawy znak czasu. Bo choć zakończenie roku nadal oznacza to samo – koniec pewnego etapu i świadectwo w dłoni – to sposób, w jaki je przeżywamy, zmienił się diametralnie.

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl