dzieci bawią się nad wodą patykami
Dzieci nie powinny mieć każdego dnia zajętego zajęciami od rana do wieczora. fot. Anastasia Shuraeva/Pexels

W przedszkolu moich dzieci niemal wszyscy gdzieś pędzili po zajęciach, tylko my wracaliśmy do domu i szliśmy na plac zabaw albo na rower. Przez chwilę miałam wrażenie, że robię coś nie tak i że moje dzieci coś tracą. Dziś wiem, że dałam im coś ważniejszego niż kolejne zajęcia – czas, spokój i przestrzeń na bycie dzieckiem.

REKLAMA

Tylko moje dzieci nie miały zajęć dodatkowych

Przez długi czas miałam wrażenie, że dobre rodzicielstwo mierzy się liczbą dodatkowych zajęć w tygodniu. Dzieciaki, które chodziły z moimi dziećmi do przedszkola tylko po południami jeździły z rodzicami: basen, angielski, taniec, robotyka, zajęcia plastyczne. Lista była długa, a im dłuższa, tym bardziej miało to świadczyć o tym, że dziecko się rozwija, a rodzice "inwestują w jego przyszłość".

Tymczasem moje dzieci w wieku przedszkolnym były jednymi z niewielu, które nie chodziły na żadne dodatkowe zajęcia. Nie dlatego, że nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie dlatego, że żałowałam im możliwości. Wręcz przeciwnie, zawsze uważałam, że na rozwoju i poszerzaniu horyzontów dzieci nie powinno się oszczędzać.

Chodziło mi o coś zupełnie innego – chciałam, żeby miały czas.

Czas na swobodną zabawę, na nudę, na wymyślanie własnych pomysłów na zabawy, na bycie po prostu dziećmi, a nie uczestnikami kolejnych zorganizowanych aktywności. Nie chciałam, żeby ich dzieciństwo przypominało grafik dorosłego, w którym trzeba się przemieszczać z punktu A do punktu B, bez chwili na zatrzymanie i odpoczynek po przedszkolu.

W tamtym okresie ich dni wyglądały inaczej niż u większości rówieśników. Po przedszkolu szliśmy na plac zabaw, na boisko, na spacer. Czasem siedzieliśmy w domu i budowaliśmy bazy z koców, graliśmy w planszówki albo układaliśmy klocki. Nie było napiętego planu popołudnia ani pośpiechu między jednymi zajęciami a drugimi.

Bałam się, że będą czuli się gorsi

Dopiero kiedy zaczęłam obserwować innych rodziców, dotarło do mnie, jak silna jest presja, żeby "robić więcej". Dzieci od najmłodszych lat zapisane na kilka aktywności tygodniowo, plan dnia wypełniony po brzegi, brak przestrzeni na spontaniczność. Wszystko w dobrej wierze, z myślą o ich rozwoju. Każda matka, z którą rozmawiałam w szatni mówiła podobne rzeczy: że jest zmęczona jeżdżeniem, ale nie chce, żeby jej dziecko nie miało możliwości, bo ona ich nie miała.

Ja też nie miałam wieku możliwości jako dziecko, ale to nie znaczy, ze teraz muszę przekładać moje ambicje na dziecko i wywierać na nim presję. Dla mnie najważniejsze było coś innego niż kolejne umiejętności. Najważniejsze było budowanie relacji, bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Wierzyłam, że to, jak spędzamy ten czas razem, zaprocentuje w przyszłości bardziej niż wczesna nauka gry na instrumencie czy intensywne zajęcia sportowe.

Oczywiście nie byłam i nie jestem przeciwna wszelkim aktywnościom. Raczej chodzi o to, że nie chciałam wprowadzać ich swoim synom zbyt wcześnie i za intensywnie. Obawiałam się, że nadmiar zajęć może odebrać im to, co w tym wieku najważniejsze, czyli beztroskę i swobodę.

Trochę się też bałam, że takie zajęcia dla kilkulatków mogą wprowadzić niepotrzebną presję. Porównywanie się, rywalizacja, poczucie, że trzeba być „w czymś najlepszym” już od najmłodszych lat. A ja nie chciałam, żeby moje dzieci wchodziły w taki świat zbyt wcześnie.

Często miałam w głowie obawy, że będą się czuły gorsze, bo nie chodzą na te same zajęcia co ich rówieśnicy. Że będą odstawać, że coś im umknie. Dziś widzę, że te lęki były bardziej moje niż ich.

Zainwestowałam w budowanie relacji

Z czasem, kiedy dzieci zaczęły rosnąć, naturalnie przyszła zmiana. W wieku sześciu, ośmiu lat pojawiła się przestrzeń na pierwsze dodatkowe aktywności, ale już zupełnie inaczej przeżywane. U nas są to zajęcia sportowe, które mają wspierać rozwój poprzez ruch, uczą współpracy, radzenia sobie z porażką i działania w grupie. Ale nadal nie ma w tym presji ani obowiązku bycia wszędzie i we wszystkim.

Nie chcę, żeby ich kalendarz był przeładowany. Chcę, żeby nadal mieli czas na zwykłe dzieciństwo. Na zabawę bez celu, na wymyślanie sobie nowych zajęć, na bycie w domu bez planu.

Dziś wiem, że ta decyzja była jedną z lepszych, jakie podjęłam jako mama. Nie oceniam innych rodziców, którzy wolą skupić się wspieraniu rozwoju poprzez takie zajęcia. Mówię tylko, że ja wybrałam drogę, która pasowała do mojej rodziny i naszych potrzeb.

Teraz jestem dumna, że nie uległam presji, która mówiła, że jak wszystkie dzieci chodzą to i moje powinny, bo będą odstawać od grupy. Nie wypełniłam dzieciom każdego popołudnia zajęciami tylko po to, żeby spełnić cudze oczekiwania. Zamiast tego dałam im coś, czego dziś często brakuje, czyli wolny czas i przestrzeń na wzmocnienie naszej relacji.

Na to wszystko inne przyjdzie jeszcze czas. Zaraz będzie wyłącznie szkoła, pasje, zainteresowania, wybory, które będą podejmować sami. A dzieciństwo nie wróci.

Dlatego dziś, z perspektywy mamy, która widziała różne podejścia, mam jedną myśl. Nie każde dziecko musi chodzić na trzy zajęcia dodatkowe w tygodniu. Czasem najważniejsze, co możemy mu dać, to spokojne popołudnie bez planu i przestrzeń, żeby po prostu było dzieckiem.