Chcemy, żeby dziecko w końcu coś zjadło, więc podsuwamy mu kolejne propozycje.
Chcemy, żeby dziecko w końcu coś zjadło, więc podsuwamy mu kolejne propozycje. unsplash.com

"To na co masz ochotę?" – to pytanie pada w wielu domach każdego dnia. Rodzice chcą dobrze, licząc, że dzięki temu dziecko w końcu coś zje. Tymczasem specjaliści zwracają uwagę, że oddawanie dziecku decyzji o obiedzie może przynieść odwrotny efekt od zamierzonego.

REKLAMA

Wiadomo, że nasze intencje są dobrze. Chcemy, żeby dziecko w końcu coś zjadło, więc pytamy: "Na co masz ochotę?". Liczymy na to, że kiedy maluch sam wybierze, będzie nam łatwiej, szybciej zje posiłek i nie będzie przy tym marudzenia.

Tyle że – jak pokazuje coraz więcej specjalistów – to właśnie w tym miejscu często popełniamy błąd. Aleksandra Czochara (profil razem_po_zdrowie) zwraca uwagę na to, że przerzucanie odpowiedzialności za posiłek na dziecko, to jeden z poważniejszych błędów rodziców.

To nie jest rola dziecka

Choć może się wydawać, że dawaniu dziecku wyboru jest dobre, w rzeczywistości przerzucamy na nie odpowiedzialność, która powinna należeć do dorosłego.

Dziecko nie ma wiedzy o tym, jak powinien wyglądać zbilansowany posiłek. Nie myśli w kategoriach wartości odżywczych, tylko tego, co zna i lubi. I to jest zupełnie naturalne.

Problem zaczyna się wtedy, gdy najpierw pytamy o zdanie, a później i tak próbujemy je zmieniać. Namawiamy, negocjujemy, naciskamy: "Ale może jednak zjesz coś innego, zdrowszego?". W ten sposób dziecko dostaje sprzeczne sygnały.

Im więcej wyboru, tym większy chaos

Zamiast ułatwiać, takie podejście często komplikuje codzienność. Dziecko zaczyna trzymać się tylko kilku pewnych produktów, które zna i lubi. Coraz rzadziej ma okazję próbować nowych smaków, a na widok czegoś nieznanego może reagować niechęcią, a nawet lękiem.

Z czasem może też rezygnować ze wspólnych posiłków, bo jedzenie przestaje być naturalną częścią dnia, a zaczyna być ciągłą negocjacją. I co ważne, to wcale nie jest skuteczna metoda na to, żeby dziecko jadło więcej.

Dziecko potrzebuje ram, nie decyzji

Specjaliści coraz częściej wracają do tzw. podziału odpowiedzialności w żywieniu dzieci. I to właśnie o nim mówi Aleksandra Czochara. Zasada jest prosta, choć dla wielu rodziców zaskakująca: to dorosły decyduje o tym, co pojawi się na talerzu, kiedy i w jaki sposób posiłek zostanie podany, dziecko decyduje, ile zje i czy w ogóle zje.

To podejście daje dziecku coś znacznie ważniejszego niż tylko wybór z listy dań – daje poczucie bezpieczeństwa. Przede wszystkim dlatego, że nie musi brać na siebie decyzji, które go przerastają.

Co zamiast pytania "na co masz ochotę"?

To nie znaczy oczywiście, że dziecko ma być całkowicie pozbawione wpływu na to, co zje. Chodzi raczej o to, żeby ten wpływ był dostosowany do jego wieku i możliwości. Zamiast oddawać pełną decyzję, możesz zaproponować ograniczony wybór, np.: "Zjesz dziś makaron czy ziemniaki?". W ten sposób dziecko nadal czuje sprawczość, ale to ty kontrolujesz, co pojawia się na talerzu. Taki mały kompromis nie wpłynie też na wartość odżywczą posiłku. 

Na dziecko dobrze działa też stały rytm posiłków. Kiedy maluch wie, że obiad jest o konkretnej porze i że to normalny element dnia, rzadziej pojawia się napięcie i negocjacje. Ważne też, żeby nie podajało między posiłkami, bo to bardzo obniża apetyt. 

Warto również serwować wspólne posiłki dla całej rodziny, zamiast gotować osobno dla dziecka. Nawet jeśli na początku tylko spróbuje, z czasem oswoi się z nowymi smakami. Wspólne posiłki i obserwacja dorosłych, bardzo dobrze wpływają na niejadka.

Na wybiórczość pokarmową pomaga także dokładanie do talerza czegoś znanego. Jeśli obok nowego dania pojawi się produkt, który dziecko lubi, łatwiej mu będzie podejść do reszty bez stresu.

I najważniejsze – odpuszczenie presji. Dziecko naprawdę nie musi zjeść wszystkiego ani próbować od razu. Im mniej nacisku, tym większa szansa, że z czasem zacznie jeść więcej i chętniej. Tak to właśnie działa.