
Tempo codzienności rośnie, a wraz z nim rośnie też zmęczenie i poczucie przeciążenia. Mamy dostęp do wiedzy o zdrowiu jak nigdy wcześniej, ale trudniej nam ją realnie wdrażać. Dr n. med. Monika Czerska, neurolożka zauważa, że problemem nie jest już tylko brak czasu, ale sposób, w jaki żyjemy na co dzień.
Dzisiejszy świat pędzi na każdym kroku
Żyjemy w czasach, kiedy wreszcie młode pokolenie – głównie Zetki – jest bardzo świadome zdrowia psychicznego i jego powiązań właściwie z każdą sferą życia. To o tych młodych osobach najwięcej mówi się w kontekście zmiany stylu życia, samoopieki, abstynencji czy skupienia na dbaniu o dietę i aktywność fizyczną.
Od Zetek uczą się tego też milenialsi i widać, że dziś wielu 30- i 40-latków żyje zdrowiej, niż żyło, mając 20 lat. Niestety dzisiejsze czasy są bardzo niepewne (i nie mówię tu tylko o geopolityce czy zmianach klimatycznych), a tendencja jest taka, że nawet jeśli dbamy o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne, to często ulegamy tej presji pędu.
Nawet jeśli skupiamy się na swoim wewnętrznym i zewnętrznym zdrowiu, to w obecnych realiach nie da się żyć tak powoli i bez dostępu do technologicznych rozwiązań, jak żyli nasi dziadkowie i pradziadkowie.
Refleksja o tym przyszła do mnie po obejrzeniu fragmentu podcastu „Piekielnie Szczere”, który prowadzą Gabrysia Gargaś i Weronika Michalczyk. U kobiet w jednym z ostatnich odcinków gościła dr n. med. Monika Czerska, neurolożka, która w mediach społecznościowych stara się uświadamiać ludzi na temat zdrowia, osiągania równowagi w życiu i medycyny (także Wschodu).
Czerska w krótkim fragmencie rozmowy opowiedziała o tym, że według niej dzisiejsi dziadkowie żyją dłużej – często do około 90 lat – bo sekretem ich zdrowia i dobrego samopoczucia jest tryb życia. Nie chodzi jednak o obecny tryb, kiedy spędzają dni na emeryturze, lecz o to, jak wyglądała ich codzienność, gdy byli młodsi.
Dzisiejsze babcie, a może nawet bardziej prababcie, młodość spędziły w trudnych czasach – w trakcie i po II wojnie światowej – kiedy był problem z pracą, żywnością, a często nawet z miejscem do życia. Równocześnie były to osoby, które nie były przytłoczone nadmiarem informacji z Polski i świata.
Nasze prababcie żyły wolniej i spokojniej
Żyły analogowo, często nie mając w domu telewizji czy telefonu, skupiając się na prostych obowiązkach, które trzeba było wykonać w domu i wokół niego. Dodatkowo jedzenie, które jadły, było mniej przetworzone – jadło się w ogóle mniej i prościej, co wpłynęło także pozytywnie na zdrowie.
"Nasze babcie [...] mają zdrowszy materiał genetyczny, lepiej się czują same w sobie i dlatego tak dożyły, bo właśnie dbały o te proste rytuały w swoim życiu" – tłumaczy Czerska. Z jednej strony myślę sobie o pokoleniu moich dziadków, którzy przez lata PRL-u wcale nie żyli aż tak zdrowo – normą było przecież palenie papierosów, picie alkoholu czy bardzo intensywna praca.
Z drugiej strony mam wrażenie, że neurolożce bardziej chodzi o pokolenie mojej prababci, która urodziła się jeszcze przed II wojną światową. Tamto pokolenie faktycznie żyło prościej, spokojniej, w większym skupieniu na codziennych nawykach i sumiennej pracy.
O tym mówi też Czerska: "Ciemno się robiło, kury szły spać, kolacja, mycie, oczyszczenie swojego ciała, modlitwa, sen. Tam nie było naświetlania, jeszcze pamiętam czasy, jak nie było telewizora" – zaznacza ekspertka.
Sama od siebie dodałabym, że dziś problemem jest nie tylko światło z ekranu telewizora, ale przede wszystkim światło niebieskie ze smartfona, którego ekran scrollujemy nałogowo nawet w nocy, tuż przed snem. To wpływa nie tylko na jakość snu, ale też na ogólne samopoczucie, zdrowie psychiczne i emocje. Czerska zaznacza też, że dziś wszyscy faktycznie mamy ogrom wiedzy o zdrowiu fizycznym: dbamy o suplementację, dietę, aktywność fizyczną (często ukierunkowaną na budowanie sylwetki).
Nie wierzymy w regularność i rutynę?
Brakuje nam jednak regularności, stałości i spokoju w codzienności. Mieszkamy daleko od miejsca pracy, ciągle gdzieś pędzimy i stresujemy się spóźnieniami, mamy dużo zobowiązań, chodzimy późno spać i nie dajemy organizmowi szansy na regenerację, bo presja otoczenia jest zbyt duża.
Z jednej strony dziś możemy powiedzieć, że jesteśmy bardziej świadomi zagrożeń i próbujemy unikać części szkodliwych nawyków. Z drugiej – jest wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu ze względu na rozwój technologiczny i tempo współczesnego życia. Nasi pradziadkowie mieli pod tym względem łatwiej – żyli spokojniej nie tylko dlatego, że nie było technologii, ale też dlatego, że świat nie narzucał im aż takiego tempa.
Teraz pojawia się pytanie, czy w ogóle możliwe jest dziś odzyskanie choć części tamtego spokoju. Może nie chodzi o całkowity powrót do życia takiego jak mieli nasi pradziadkowie, ale o świadome wybieranie tego, co z tamtej codzienności było dobre: rytmu dnia, prostoty, uważności i odpoczynku bez poczucia winy.
W świecie, który nie zwalnia, to właśnie te codzienne decyzje mogą stać się naszym sposobem na zachowanie równowagi. A może to one okażą się współczesnym odpowiednikiem prostych rytuałów, o których mówi Czerska?
Zobacz także
