pluszowe zabawki
Kupuję, bo mogę. Kupuję, bo widzę w tym sens. I kupuję, bo moje dziecko jest z tego po prostu szczęśliwe. fot. Pixabay.com

Tak. Robię to. Kupuję czasami mojemu dziecku używane zabawki z lumpeksu. I choć słyszałam już komentarze, że "żałuję na własne dziecko” albo że "narażam je na zarazki", mój synek nigdy nie narzekał – wręcz przeciwnie, uwielbia te drobne skarby, a ja widzę w tym zarówno oszczędność, jak i ekologiczne podejście do wychowania.

REKLAMA

"Naprawdę kupujesz dziecku zabawki z lumpeksu?"

Pamiętam dokładnie tę sytuację. Stałam przy kasie, trzymając w ręku małego pluszowego misia, kiedy moja koleżanka spojrzała na mnie z lekkim niedowierzaniem i powiedziała: "Naprawdę kupujesz Milanowi używane zabawki? Żałujesz na własne dziecko?".

Zakłuło. Nie dlatego, że poczułam się winna. Bardziej dlatego, że ktoś zupełnie nie zrozumiał, dlaczego to robię.

Dlaczego kupuję zabawki z ciucholandu?

Kupuję, bo widzę w tym sens. I kupuję, bo moje dziecko jest dzięki temu szczęśliwe. W lumpeksach i sklepach z rzeczami używanymi można znaleźć naprawdę świetne zabawki, często w bardzo dobrym stanie. Niektóre wyglądają jak nowe, inne mają drobne ślady użytkowania, ale nadal są w pełni sprawne i bezpieczne.

Dla mnie to trochę jak poszukiwanie skarbów. Nigdy nie wiem, co znajdę – i właśnie to jest w tym fajne.

"A co z higieną?" – czyli o praniu i zdrowym rozsądku

To jeden z najczęstszych zarzutów, jakie padają: zarazki. Pamiętam, jak kiedyś odwiedziła mnie przyjaciółka. Mój synek siedział z nami w salonie i bawił się pluszakiem. Magda zapytała go, skąd ma taką fajną zabawkę, on spojrzał na mnie pytająco, a ja powiedziałam, że kupiłam ją w lumpeksie.

Moja przyjaciółka zdębiała i od razu zapytała, czy nie boję się o zarazki. Rzecz w tym, że ja nie daję dziecku zabawki prosto z półki. Każdą rzecz piorę, i to porządnie – najczęściej w 60 stopniach, czasem nawet w wyższej temperaturze, jeśli materiał na to pozwala.

Pluszaki trafiają do pralki, plastikowe elementy są dokładnie myte i dezynfekowane. Robię dokładnie to samo, co zrobiłabym z nową zabawką, która przeszła przez magazyny, transport i dziesiątki rąk.

Zabawki za kilka złotych, radość bezcenna

Prawda jest taka, że takie zabawki kosztują często dosłownie kilka złotych. Nie chodzi tylko o oszczędność, choć oczywiście to też ma znaczenie. Chodzi o to, że dziecko nie potrzebuje drogich rzeczy, żeby się cieszyć.

Kiedyś kupiłam synkowi uroczego krokodyla za pięć złotych. Nazwaliśmy go Bruno. I wiecie co? Ten krokodyl do dziś śpi z moim dzieckiem. Jest wszędzie – w łóżku, w samochodzie, na wakacjach. Jest przytulany, kochany i absolutnie niezastąpiony.

Nie ma metki z drogiego sklepu, ale ma dla niego ogromną wartość.

Moje dziecko nigdy nie narzekało

Nigdy. Ani razu. Nie usłyszałam: "mamo, chcę nową zabawkę, a nie używaną". Dla dziecka nie ma to znaczenia. Liczy się zabawa, emocje, wyobraźnia. Czasem mam wrażenie, że to my – dorośli – tworzymy problem, którego dzieci w ogóle nie widzą.

"Jesteś skąpa" – słyszę czasem. Albo: że "to niehigieniczne". Że powinnam kupować nowe.

Nie czuję się skąpa. Czuję się świadoma. Widzę, ile rzeczy trafia na śmietnik. Ile zabawek jest używanych przez chwilę i potem zapomnianych. Kupując używane rzeczy, daję im drugie życie. To dla mnie wybór ekologiczny i rozsądny finansowo.

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl