
Coraz częściej mówi się o tym, że to ekrany uzależniają dzieci i dorosłych. Tymczasem coraz więcej głosów wskazuje na coś innego. Problemem nie jest sam telefon, ale sposób, w jaki dostarcza mózgowi szybkich "zastrzyków" dopaminy. Fiński nauczyciel postanowił to sprawdzić w praktyce, zmieniając nie zakazy, lecz zasady korzystania z telefonu. Efekty okazały się niezwykle zaskakujące.
Na profilu @drogadowolnoscil trafiłam ostatnio na tezę, która bardzo mnie zaintrygowała. Dotyczyła uzależnienia od ekranów, ale w innym ujęciu.
Jej sens jest prosty, choć trochę w inny sposób wyjaśnia nasze uzależnienie od ekranów. Chodzi o to, że to nie sam telefon uzależnia dzieci, lecz sposób, w jaki dostarcza mózgowi szybkich, powtarzalnych "zastrzyków" dopaminy. Scrollowanie, krótkie filmiki, częste "nagrody" w postaci nowych treści – to one podkręcają napięcie i sprawiają, że sięgamy po telefon odruchowo.
Zakazywanie telefonu rodzi jeszcze większy bunt
Autorzy posta przywołują przykład fińskiego nauczyciela, który zamiast zakazywać telefonów (co rodziłoby natychmiastowy bunt) i wchodzić w niekończący się konflikt z uczniami, postanowił po prostu zmienić zasady korzystania ze smartfonów.
Według jego relacji, po kilku dniach część dzieci sama zaczęła korzystać z telefonu rzadziej, a napięcie wokół ekranów wyraźnie opadło.
Na czym konkretnie polegały te zasady?
Pierwsza zmiana dotyczyła samego miejsca i sposobu używania telefonu. Urządzenie było dozwolone, ale tylko wtedy, gdy dziecko siedziało w jednym, konkretnym miejscu. Nie w łóżku, nie podczas chodzenia po domu czy w kuchni podczas posiłków.
Chodziło o przerwanie automatyzmu – tego odruchowego sięgania po telefon przy każdej okazji, w każdej wolnej chwili. Po kilku dniach, jak relacjonował nauczyciel, mózg przestawał kojarzyć każdą wolną sekundę z ekranem. Jedna z dziewczynek ujęła to zaskakująco trafnie mówiąc, że przestała brać telefon bez powodu, jakby jej ręka zapomniała, że wcześniej to robiła.
Druga zasada odwracała kolejność nagrody. Zanim pojawiał się ekran, należało wykonać jedno, niewielkie działanie – pościelić łóżko, zrobić jedno zadanie domowe, posprzątać albo przeczytać fragment książki.
Dopiero potem pojawiały się trzy minuty telefonu. U jednego z chłopców, który wcześniej spędzał w sieci nawet sześć godzin dziennie, zmiana była wyraźna – zadania zaczęły być wykonywane szybciej, bez przeciągania. Jego mózg, zamiast szukać nagrody, by uciszyć napięcie, uczył się schematu, że najpierw działanie, potem przyjemność.
Kolejna reguła dotyczyła snu. Telefon nie mógł być w sypialni dziecka. Ładowanie odbywało się w korytarzu lub w kuchni, z dala od łóżka. To drobna zmiana, ale jej znaczenie okazało się duże – sen stawał się głębszy, a poranki spokojniejsze. Nauczyciel zauważył, że telefon w pobliżu zamienia dziecko w "nocnego strażnika", czujnego na każde powiadomienie, zamiast w kogoś, kto po prostu śpi.
Czwarta zasada dotyczyła poranków i ciała. Każdy dzień zaczynał się od minuty ruchu – kilku przysiadów, rozciągania, skłonów, czegokolwiek, co uruchamia ciało. Chodziło o to, by dopamina pojawiła się najpierw w ciele, a nie na ekranie. Po kilku dniach ekran tracił część swojej władzy, bo mózg dostawał sygnał pobudzenia z innego źródła.
Ostatnia zmiana była zaskakująco liberalna, bo dopuszczała czas w ciągu dnia, kiedy można korzystać z telefonu w sposób nielimitowany. Jedno, przewidywalne okno, w którym korzystanie z telefonu nie miało ograniczeń. Bez ciągłego odmierzania minut, bez nerwowych negocjacji. Po około tygodniu okazało się, że dzieci korzystają z telefonu krócej niż wcześniej. Mózg przestał gromadzić bodźce "na zapas", bo wiedział, że będzie na nie czas.
Wnioski, które wyłaniają się z tej historii, są dość niewygodne, ale jednocześnie uwalniające. To nie ekrany same w sobie są problemem. Problemem jest brak granic i brak alternatyw dla dopaminy. Gdy zmienia się kolejność – najpierw ciało, potem działanie, a dopiero na końcu ekran – telefon przestaje rządzić głową i nie jest już tak ważny.
W komentarzach pod postem wiele osób pisało, że wprowadzenie podobnych zasad w domu przyniosło zaskakująco dobre efekty. Zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Ci ostatni coraz częściej przyznają, że sami mają problem z uzależnieniem od ekranów.
Dużo było także komentarzy ludzi, którzy pisali, że po wprowadzeniu tych zasadach, poczuli wreszcie, że wraca na swoje miejsce.
