
Debata o zakazie używania smartfonów w polskich szkołach wraca na nowo, a minister edukacji Barbara Nowacka podkreśla, że to nie urządzenia są problemem, lecz sposób ich używania. Wskazała również, że całkowity zakaz smartfonów w szkołach nie rozwiąże problemu, bo dzieci używają ich głównie w domu, a duża odpowiedzialność jest po stronie rodziców. MEN ma na to inny pomysł.
Social media i wiek użytkowników
Minister edukacji Barbara Nowacka wyjaśnia, że projekt ustawy KO ma ograniczyć dzieciom poniżej 15. roku życia dostęp do wybranych platform społecznościowych.
– To projekt poselski KO. Założenie jest takie, że dzieci do 15. roku życia nie będą mogły używać konkretnych platform społecznościowych. Dokładnie tak, jak to jest rozwiązane w Australii. To nie rodzic czy nauczyciel będzie weryfikował treść, ale to będzie obowiązek leżący po stronie big techów, które muszą zapewnić, że użytkownik korzystający z konkretnych platform ma do tego uprawnienia – tłumaczyła w wywiadzie dla Interii.
Jak dodała:
– Dziś udajemy. 10-latek może kliknąć, że ma 13 lat i oglądać dosłownie wszystko – bez żadnego filtra, żadnej refleksji, ale z poważnymi konsekwencjami. Oczekujemy, by było to egzekwowane. Jeśli 12-latek idzie do sklepu i chce kupić alkohol, jego wiek sprawdza sprzedawca. Dokładnie tego samego oczekujemy od big techów.
Zakaz smartfonów w szkołach nie rozwiąże problemu
Barbara Nowacka odniosła się także do pomysłu całkowitego zakazu używania smartfonów w szkołach.
– To akurat niczego nie rozwiąże. Dzieci w szkołach nie korzystają z telefonów, bo się uczą. Zaczynają z niego korzystać zazwyczaj w domu – wyjaśnia minister.
MEN zaznacza, że szkoły mają dziś możliwość ograniczenia telefonów i ponad 50 proc. placówek już z tego korzysta.
– Na pewno damy szkole narzędzia do tego, by mogła nie tylko ograniczyć, ale i zabronić używania telefonu. Niby zmiana semantyczna, ale z perspektywy funkcjonowania szkoły to znaczna różnica – podkreśla Nowacka.
Szkoły decydują same
MEN nie narzuca obowiązkowego zakazu smartfonów w całym kraju. Decyzja pozostanie po stronie dyrektora szkoły, który najlepiej zna potrzeby uczniów i lokalnych placówek. Dzięki temu regulacje będą dopasowane do realiów edukacyjnych, a szkoły będą mogły wprowadzać przepisy stopniowo.
Źródło: Interia.pl, wprost.pl
