
Nie każdy rodzic od początku wie, jak okazywać emocje i budować bliskość z dzieckiem. Pokolenie dzisiejszych rodziców coraz częściej rozlicza własnych opiekunów i swoje dzieciństwo, próbując zrozumieć chłód, dystans i brak czułości. Skąd brały się te braki i dlaczego dziś mamy szansę przerwać ten schemat.
Dzisiejsi młodzi rodzice to głównie przedstawiciele pokolenia milenialsów. Dorastali w latach 80. i 90., w czasach, gdy wiele dzieci wychowywało się w domach wielopokoleniowych, a opieka i wychowanie były naturalnie dzielone pomiędzy członków rodziny i bliskich. Dziś ta rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Często żyjemy z dala od krewnych i jesteśmy zmuszeni do samodzielnego dźwigania ciężaru wychowania najmłodszego pokolenia.
Wspieramy się więc placówkami opiekuńczo-edukacyjnymi, nianiami oraz wioskami, które tworzymy sami – w gronie znajomych i przyjaciół. Seniorzy znacznie częściej stawiają dziś granice, angażując się w wychowanie wnuków na tyle, na ile sami uznają to za komfortowe. Gdy dziadkowie mieszkają daleko albo nadal są czynni zawodowo, zwyczajnie nie mają możliwości codziennego odbierania wnuków z placówek czy spędzania z nimi popołudni.
Każdy rodzic ma swój własny język miłości
O tym wszystkim pomyślałam, czytając pewien wpis na Threads, który dotyczył stosunku starszego pokolenia do rozmów – między innymi – o emocjach:
"Moja mama nigdy sama z siebie, nie powiedziała do mnie 'Kocham Cię', co najwyżej odpowiada "Ja Ciebie też". Na swojej terapii, odkryłem, że mama w ogóle nie okazywała ciepła w dzieciństwie, nie przytulała z troską, bardziej mechanicznie. Na początku było mi smutno, w imieniu małego mnie. Z czasem jednak zrozumiałem, że w jej domu było o wiele gorzej i mama nie ma skąd dać ciepła dzieciom, bo sama go nie dostała. Dzisiaj natomiast wiem, że jej język miłości jest ukryty w słoikach i na talerzu" – napisał Marcin Faszczewski, trener osobowości, zajmujący się procesami emocjonalnymi i hipnoterapią.
Możemy przerwać spiralę krzywdzących nawyków
Na jego słowa ciekawie odpowiedziała inna użytkowniczka:
"Często ludzie obwiniają rodziców ale oni też kiedyś byli dziećmi. Nie zazdroszczę mojej mamie jej dzieciństwa i postanowiłam częściej do niej mówić 'kocham cię' niż ona do mnie. Bo to w moich rękach jest zmiana tego toru i to ja mogę inaczej wychować swoje dzieci, które btw. pewnie też będą do mnie miały żal o coś... bo tak już jest. Nie ma instrukcji do wychowania dziecka dołączonej do pępowiny".
Jej słowa ujmują coś bardzo istotnego. Dziś możemy mieć do swoich rodziców żal o pewne aspekty naszego wychowania, ale prawda jest taka, że większość z nich robiła wszystko najlepiej, jak potrafiła w danych warunkach. A te nie zawsze sprzyjały: gospodarczo, ekonomicznie czy emocjonalnie.
Być może największą zmianą, jaką niesie nasze pokolenie, nie jest idealne rodzicielstwo, ale większa świadomość. Zaczynamy widzieć ciągłość – to, że nasze dzieciństwo było czyimś dorosłym życiem, często pełnym braków, zmęczenia i niewypowiedzianych emocji.
I choć nie cofniemy tego, czego nie dostaliśmy, możemy spróbować przerwać pewne schematy. Czasem wystarczy jedno "kocham cię" wypowiedziane głośniej, jeden uścisk więcej, jedna decyzja, by wychowywać inaczej – nie idealnie, ale uważniej.
