kadr z filmu "Kevin sam w domu"
"Kevin sam w domu" to opowieść o tym, jak dziecko staje w obliczu przymusu samodzielności. fot. screen imdb.com

"Kevin sam w domu" to kultowa komedia świąteczna, którą wielu pamięta głównie jako zabawną opowieść o psikusachemitowaną co roku w Wigilię w Polsacie. Z perspektywy współczesnego rodzica film zyskuje głębszy wymiar – mówi o dorastaniu, odpowiedzialności i potrzebie bycia zauważonym. To lekcja odwagi i samodzielności, którą warto odkryć na nowo w święta.

REKLAMA

"Kevin sam w domu": niby urocza komedia świąteczna

Wiele osób uważa, że "Kevin sam w domu" to urocza, zabawna komedia o chłopcu, który robi włamywaczom psikusy i staje się zaskakująco samodzielny, kiedy musi stawić czoła codzienności bez swoich opiekunów. Ostatnio trafiłam jednak na wpis na facebookowym koncie recenzującym i analizującym filmy Koń Movie, na którym bloger postanowił w kilku akapitach napisać o innej perspektywie widzenia "Kevina".

"[...] To nie jest tylko film o dziecku zostawionym w domu, który musić bronić przed złodziejami. To film o samotności w tłumie tych, którzy nie traktują cię poważnie, nie rozumieją, o rodzinie, złości, odpowiedzialności za słowa i czyny. No i przede wszystkim o potrzebie bycia zauważonym.

Najlepsze w 'Kevinie' jest to, że on absolutnie nie moralizuje. Wszystko wynika z sytuacji, interakcji i wynikających z nich emocji. Kevin nie jest święty – jest impulsywny, czasem egoistyczny, momentami wkurzający. To wszystko ma jednak swoje źródle, jest językiem dziecka: hej, jestem tu, dostrzeżcie mnie. Kevin jest dokładnie taki, jakim bywa dziecko" – zauważa bloger.

W dalszej części pisze o tym, że pozostanie samemu w domu nauczyło chłopca samodzielności – nagle okazało się, że umie wykonać rzeczy, o których nawet sam siebie nie podejrzewał, a co dopiero jego bliscy.

Film o pozwalaniu na samodzielność

"Z wiekiem coraz bardziej doceniam też, jak ten film mówi o odpowiedzialności. Kevin nie staje się bohaterem, bo jest sprytny. Staje się nim, bo musi. Zmusza go do tego sytuacja. Wniosek? Dajmy tę przestrzeń dzieciom. Młody mcCallister dał radę. Dlaczego? Bo w życiu Kevina nagle nie ma nikogo, kto ogarnie świat za niego. Zakupy, pranie, obrona domu – wszystko to jest metaforą pierwszego kroku w dorosłość" – podkreśla autor wpisu.

To też sygnał, którego być może nie zauważali rodzice w 1990 roku (wtedy film miał premierę), bo wtedy wychowanie dzieci wyglądało jednak inaczej. Mniej opiekunów miało problem z pozwoleniem dzieciom na samodzielność, czego nie można powiedzieć o współczesności. Dziś przez tę perspektywę film jest aktualny jak nigdy wcześniej – "film pokazuje, że odwaga nie polega tylko na walce ze złoczyńcami, ale też na przełamaniu strachu przed drugim człowiekiem".

Te słowa sprawiły, że zapragnęłam obejrzeć w tym roku "Kevina" w Wigilię kolejny raz, żeby zobaczyć go z tej właśnie perspektywy – współczesnego rodzica, wychowującego dzieci w 2025 roku. Takiego, który panicznie boi się pozwolić dziecku na samodzielność. Dzięki takiemu spojrzeniu mam poczucie, że ten film współczesni rodzice – choć się na nim wychowali – mogą obejrzeć trochę na nowo, z głębszą refleksją o sobie samych.

Nagle dzięki temu wpisowi "Kevin sam w domu" przestaje być więc jedynie świąteczną komedią pełną psikusów i zabawnych scen. Staje się opowieścią o dorastaniu, odwadze, odpowiedzialności i potrzebie bycia zauważonym – tematach uniwersalnych i wciąż aktualnych.

Dla współczesnych rodziców, którzy często boją się oddać dzieciom choćby małą część samodzielności, film może być cenną lekcją. Przypomina, że czasem warto pozwolić dzieciom spróbować samodzielności, nawet jeśli oznacza to ryzyko i niepewność. A w świątecznym kontekście pokazuje, że śmiech i wzruszenie idą w parze z refleksją – i to właśnie czyni "Kevina" ponadczasowym klasykiem, który wciąż potrafi nauczyć nas czegoś nowego.

Czytaj także: