Nauczycielka
Czy nauczycielka miała prawo o coś takiego prosić? fot. Thirdman/Pexels

"Jestem zszokowana, zasmucona i nie ukrywam: oburzona. Ostatnie wydarzenie w szkole mojego dziecka sprawiło, że poczułam się tak, jakbym uczestniczyła w jakimś absurdalnym przedstawieniu" – czytam we wstępie nadesłanego listu i zastanawiam się, co znajdę w dalszej jego części.

REKLAMA

O jedną prośbę za dużo

"Tym razem nie chodzi o system edukacji, nie o program nauczania, nie o nadmiar obowiązków domowych. Chodzi o coś znacznie bardziej symbolicznego – o kwiaty.

Kilka dni temu moja córka wróciła ze szkoły z informacją, która wmurowała mnie w ziemię. Otóż wychowawczyni klasy poinformowała uczniów (a przez nich również nas, rodziców), że nie chce otrzymywać świeżych kwiatów z okazji zakończenia roku szkolnego. Powód? 'Bo potem nie ma co z nimi zrobić'. Zamiast tego zasugerowała, by uczniowie złożyli się na jeden większy kwiat w doniczce.

W pierwszym odruchu pomyślałam, że to żart. Ale nie, wszystko wskazuje na to, że ta prośba była jak najbardziej poważna. I tutaj zaczyna się mój wewnętrzny bunt.

Rozumiem, że praktyczność to dzisiaj cnota. Rozumiem, że doniczkowy skrzydłokwiat 'starczy na dłużej' niż bukiet tulipanów. Ale czy naprawdę nauczycielka miała prawo o coś takiego prosić? Za moich czasów takich praktyk nie było.

Dla mnie to coś więcej niż wybór między doniczką a bukietem. To symboliczny zamach na dziecięcą spontaniczność i prostotę emocji.

Owszem, zdaję sobie sprawę, że co roku nauczyciele dostają dziesiątki bukietów i pewnie trudno im znaleźć dla nich miejsce, ale... czy w tym jednym dniu w roku nie mogą po prostu przyjąć z uśmiechem tej fali wdzięczności – nawet jeśli pachnie przez chwilę i więdnie po kilku dniach? Czy rzeczywiście 'praktyczność' i 'użyteczność' muszą stać wyżej niż emocjonalna wartość gestu?

Boję się, że jeśli pójdziemy tą drogą, to za chwilę dzieci nie będą mogły rysować laurek, bo 'pani woli PDF-y'. Nie będą mogły przynieść ciasteczek, bo 'nietolerancje pokarmowe'. Nie będą mogły napisać wierszyka, bo 'nie każdy potrafi rymować'. A przecież to w tych gestach kryje się dziecięca szczerość, ciepło i naturalna potrzeba dawania czegoś od serca.

Na koniec chcę podkreślić: to nie jest atak na nauczycieli. Szanuję ich pracę, poświęcenie, cierpliwość. Ale myślę, że warto czasem zadać sobie pytanie: czy przypadkiem nie zaczynamy gubić sensu tego, co najprostsze? Czy zamiast uczyć dzieci wdzięczności, nie uczymy ich... zarządzania oczekiwaniami dorosłych?".

Chcesz dodać coś od siebie? Napisz do mnie na adres: klaudia.kierzkowska@mamadu.pl
Czytaj także: