
Bezczelne słowa w sklepowej kolejce
Zakupy z dwójką dzieci to zawsze wyzwanie. Wystarczy chwila, żeby zamiast spokojnego wybierania warzyw, znaleźć się w samym środku domowej wojny o to, kto komu bardziej przeszkadza. Ostatnio, będąc z synami w sklepie, spotkała mnie zaskakująca sytuacja. Chłopcy byli wtedy wyjątkowo nakręceni: wracaliśmy z przedszkola, oni byli przebodźcowani i zmęczeni. Przedrzeźniali się, dokuczali sobie nawzajem i mieli niekończące się pretensje. Starałam się robić zakupy jak najszybciej, oddychać głęboko i zachować resztki cierpliwości. Miałam w głowie jedną myśl: oni też mają prawo do emocji.
Bo przecież dzieci nie są do końca małymi dorosłymi. Nie zawsze potrafią opanować swoje rozdrażnienie, nie zawsze potrafią mówić szeptem i nie rozumieją, dlaczego po całym dniu w przedszkolu są płaczliwe i szybko wpadają w złość. To my, dorośli, musimy je tego nauczyć – ale nie krzykiem, nie strachem, tylko cierpliwością i spokojnym wyjaśnianiem. Więc tłumaczyłam, prosiłam, starałam się jakoś wyciszyć sytuację.
Może szło mi średnio, ale przynajmniej próbowałam. I właśnie wtedy, kiedy w kolejce do kasy kolejny raz tłumaczyłam, że nie wolno się popychać i pokazywać sobie języków, odezwał się do mnie ktoś, kto stał za nami. Starszy pan, na oko po sześćdziesiątce, który uznał, że powinien wtrącić swoje trzy grosze. Zerknął na moje dzieci, prychnął pod nosem i rzucił:
– Kiedyś to się wychowywało kablem. I jakoś nikt nie darł się po sklepach i nie pyskował – skomentował zachowanie moich dzieci i moje, przewracając oczami. Nie wiem, co bardziej mnie uderzyło: jego słowa czy fakt, że powiedział je takim tonem, jakby właśnie wygłaszał jedyną słuszną prawdę objawioną. Jakby to było oczywiste, że dzieci należy bić, żeby były grzeczne. Jakby bicie było normalne.
Chyba żyję w bańce
Chciałam coś powiedzieć, wytłumaczyć mu, że świat poszedł do przodu, że rozumiemy już, że przemoc nie wychowuje, tylko zostawia ślady na całe życie. Że dziś wszyscy chodzą na terapię, bo kiedyś dostawali klapsy i mówiono im, że "dzieci i ryby głosu nie mają". Ale wiedziałam, że nie ma sensu. Tacy ludzie nie słuchają. Dla nich dzieci to istoty, które trzeba ustawiać, a klaps to żadna przemoc – to metoda. W ich świecie bicie nie jest przekroczeniem granicy, tylko sposobem na wychowanie i nauką szacunku.
To mi uświadomiło, że żyję w innej bańce. W bańce, w której bicie dzieci jest złe. W której nie rozwiązujemy problemów pięścią czy paskiem, tylko rozmową, cierpliwością, wyznaczaniem granic. W mojej bańce dzieci mają prawo do emocji, a dorośli mają obowiązek nauczyć je, jak sobie z nimi radzić. Ale wystarczy jedno zdanie rzucone w sklepie, żeby przypomnieć sobie, że nie wszyscy tak myślą. Że wiele ludzi wciąż wierzy, że pas to jedyna słuszna metoda.
I to jest smutne. Bo jeśli ktoś uważa, że dziecko trzeba bić, żeby było grzeczne i współpracujące, to tak naprawdę nie chodzi mu o wychowanie. Chodzi mu o to, żeby było mu wygodnie. Żeby dziecko nie płakało, nie krzyczało, nie przeszkadzało. Żeby nie było dzieckiem, tylko małym, posłusznym robotem.
Nie jesteśmy jeszcze gotowi jako społeczeństwo, żeby naprawdę uznać, że klaps to przemoc. Nadal znajdujemy dla niego usprawiedliwienia, nadal wiele osób uważa, że to "nic wielkiego". Mamy jeszcze dużo lekcji do odrobienia, zanim przestaniemy się oszukiwać, że bicie wychowuje. Bo ono nie wychowuje. Ono uczy tylko jednego: że silniejszy może więcej.