
Adaptacja to czas, który pomaga dziecku oswoić się z przedszkolną rzeczywistością. To stopniowe zapoznawanie maluszka z nowym miejscem, nauczycielkami i rówieśnikami. Dla dzieci i rodziców to ogromna rewolucja, ale nauczycielki przedszkolne też przepełnione są wieloma emocjami.
W niektórych przedszkolach dni adaptacyjne już się odbyły, w innych dopiero będą miały miejsce. Takie spotkania nie należą do najłatwiejszych, bo przepełnione są niepewnością, obawą, lękiem i zdenerwowaniem. Emocje udzielają się nie tylko dzieciom, ale też wychowawczyniom, które słyszą od rodziców krzywdzące słowa. O tym, jak to wygląda w rzeczywistości, opowiedziała mi Hania.
To moje powołanie
"Może to dziwne, ale ja już będąc dzieckiem, wiedziałam, kim chcę zostać w przyszłości. Wtedy mówiłam, że będę przedszkolanką, teraz sama siebie nazywam nauczycielką lub wychowawczynią, bo ta przedszkolanka jakoś nie przypadła mi do gustu.
Kiedy odkrywam z dziećmi świat, uczę je, co jest dobre, a co złe i widzę uśmiech na ich twarzach, czuję, że robię dobrą robotę. Kiedy po wykonanym zadaniu, po nabyciu nowej umiejętności, pojawia się iskierka w tych malutkich oczach, serce mi rośnie. Nigdy nie myślałam o zmianie zawodu, o przekwalifikowaniu się, o zboczeniu na inną ścieżkę. Uwielbiam z przedszkolakami spędzać czas, ale z ich rodzicami (przynajmniej niektórymi) niekoniecznie.
Taka oto adaptacja
Dzieciaki z mojej grupy opuściły już przedszkolne mury. Wyruszyły w dalszą drogę, poszły w świat. Nowy, nieznany, tajemniczy. W tym roku rozpoczynam przygodę ze 'świeżakami'. Dzieciaczkami, które nieśmiało przekroczą próg sali i zagubione nie będą wiedziały, co ze sobą zrobić. A ja złapię je za rękę i pomogę przejść przez to, co najtrudniejsze.
W ubiegłym tygodniu w naszym przedszkolu odbyła się dwudniowa adaptacja. Pojawiły się maluchy z przestraszonymi oczkami i rodzice z nadzieją, wiarą i optymizmem. Niestety, byli też opiekunowie bojowo nastawieni. Mamy, które wychodziły z założenia: moje dziecko jest tutaj najważniejsze. I to właśnie to założenie bardzo skomplikowało sprawę.
Razem z koleżankami przygotowałyśmy kilka zabaw, ale to nie one dla nas były najważniejsze. Chciałyśmy, by dzieci miały możliwość spokojnego zapoznania się z salą, pobawienia się zabawkami, które znajdują się w przedszkolnych szafkach. Zależało nam na przyjacielskiej i luźnej atmosferze. Bez presji, bez nadęcia. Bez takiego: teraz się bawimy, teraz skaczemy, a teraz musimy złapać się za ręce.
Z doświadczenia wiem, że nie można rzucać maluchów na głęboką wodę, bo kiedy będą gotowe, same do niej wskoczą i popłyną w kierunku nowego. Niektórzy rodzice chcieliby wszystko na już, na teraz, by dziecko weszło na salę i od razu poczuło się w niej jak ryba w wodzie. Ale tak się nie da, bo maluchy, tak jak każdy, potrzebują czasu.
Podczas tegorocznej adaptacji usłyszałam od jednej z mam bardzo krzywdzące słowa. Zarzuciła mi (i pozostałym nauczycielkom), że się za mało staramy, że przyszłyśmy odbębnić naszą pracę i tylko czekamy, żeby wrócić do domu. – Nawet więcej zabaw nie chciało się wam przygotować, tylko kilka marnych propozycji – powiedziała. Szkoda, że nie pomyślała, że taki plan dnia przygotowałyśmy celowo. Z myślą o jej dziecku (i pozostałych oczywiście)".
