
"Wystarczyły trzy dni. Trzy dni u dziadków zmieniły moje dzieci. Nie mogę ich poznać, nie mogę uwierzyć w to, co się stało" – takimi słowami zaczyna się list od jednej z naszych czytelniczek, która postanowiła podzielić się z nami swoją historią.
"Staramy się, by nasze dzieci miały wszystko, by czuły się kochane, spełnione. Choć dalibyśmy im gwiazdkę z nieba (gdybyśmy tylko mogli), staramy się wychować je na zaradne, samodzielne i mądre osoby. Wyznaczamy granice, których nigdy nie można przekroczyć. Mamy ustalone zasady, obowiązki, zadania. Nikt się nie leni, nie zrzuca winy na drugiego. Kiedy zrobimy coś źle, potrafimy się do tego przyznać.
Dwa skarby
Jestem mamą dwójki dzieci, 7-letniego Łukasza i 5-letniego Karola. Chłopcy są naszymi skarbami, oczkami w głowie. Marzyliśmy z mężem o dzieciach, o powiększeniu rodziny. Niestety, to była długa, ciężka i okupiona wieloma łzami przeprawa. Po latach leczenia udało się, zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam synka. Druga ciąża była totalnym, ale jakże pięknym zaskoczeniem.
Z jednej strony staramy się spełniać niemalże każde marzenie naszych dzieci (oczywiście w granicach rozsądku), ale z drugiej robimy wszystko, by wyrosły na zaradnych, samodzielnych i empatycznych ludzi.
Obowiązki
Każdy ma swoje obowiązki. Od swoich dzieci wymagam już od najmłodszych lat. Już jako dwulatkowie układali swoje zabawki w pokoju, dbali o porządek. Różnie im to wychodziło, raz lepiej, raz gorzej. Na początku nie liczył się efekt, a sam fakt, że muszą, że są za coś odpowiedzialni.
Potem dochodziły im nowe obowiązki. Wyrzucanie śmieci, odnoszenie brudnych naczyń do kuchni, wkładanie do zmywarki. Teraz pomagają mi segregować ubrania wyjęte z suszarki, odkurzać czy wycierać kurze. Proszę nie zrozumieć mnie źle, moje dzieci mają cudowne dzieciństwo, bardzo je kochamy, ale też wymagamy.
W naszym domu są pewne zasady, granice, których nie można przekraczać. Chłopcy nie są rozpuszczeni, nie pozwalamy im na wszystko. Kiedy jest czas na zabawę i relaks, oczywiście mogą robić to, na co mają ochotę, ale kiedy jest czas na naukę czy domowe obowiązki, nie ma zmiłuj się.
Te dni zrujnowały nasze życie
Dzieci po raz pierwszy wyjechały same do dziadków. Zawsze jeździliśmy wszyscy razem, we czwórkę. W ubiegłe ferie babcia przyjechała do nas. Siedziała z chłopcami, kiedy ja i mąż byliśmy w pracy. Z racji tego, że mąż pracuje często popołudniami, babcia sama z wnukami była zaledwie 2-3 godziny dziennie.
Tym razem dzieci były tylko z nią i z dziadkiem. Mieszkają od nas ponad 300 km, nie widują się z chłopcami zbyt często. Chcieli się nimi nacieszyć. Chcieli być takimi prawdziwymi, kochającymi dziadkami. I stało się, to co się stało. Te trzy dni zrujnowały nasze życie.
Po powrocie od dziadków chłopcy są nie do poznania. Nie chcą pomagać, lenią się i tylko leżeliby na kanapie. Kiedy poproszę ich o pomoc, udają, że nie słyszą. Udają, że to nie do nich. Mówię, proszę, raz nawet podniosłam głos, czego po chwili bardzo żałowałam. Kiedy mąż wrócił z pracy, ze łzami w oczach opowiedziałam mu o wszystkim. Opowiedziałam mu o tym, co się stało z naszymi chłopcami. Twierdził, że wymyślam, że to niemożliwe. Jednak już po kilku minutach przekonał się, że mam rację.
Łukasz i Karol nie słuchają, nie pomagają, udają, że nie słyszą. A kiedy stanowczo proszę, by odpowiedzieli, burkną coś pod nosem i odwrócą się na pięcie. Babcia rozpieściła dzieci, a ja ponoszę tego konsekwencje. Nie wiem, co robić".
