epidemia
W szpitalach już nie ma miejsc, dlatego lekarze proszą o pozostanie w domach. Tomasz Czachorowski/Polska Press/East News

Pandemia sprawiła, że spędziliśmy zamknięci w domach długie miesiące. Wielu osobom się wydaje, że już nie trzeba się martwić chorobami, bo nie ma odgórnych obostrzeń. Tymczasem zagrożeń nie brakuje, a lekarze apelują o rozwagę. Polacy walczą obecnie z trzema wirusami: grypą, COVID-19 oraz RSV, tymczasem w szpitalach już nie ma miejsc.

REKLAMA
  • Zajętość łóżek na oddziałach pediatrycznych jest bardzo wysoka. Zbliża się do 100 proc., czasami konieczne jest robienie dostawek.
  • Szef resortu zdrowia przyznał, że lokalnie mogą też występować braki leków.
  • Lekarze apelują o zdrowy rozsądek i pozostanie w domu nawet przy lekkich objawach przeziębienia.
  • Infekcje atakują ze wzmożoną siłą. Widać to już nie tylko w przychodniach, do których nie sposób się dostać, czy przedszkolach i żłobkach, gdzie dzieci chorując całymi grupami, ale także na szpitalnych korytarzach. To tam leżą mali pacjenci, bo w salach miejsc już często nie ma. Zachorowań jest nie tylko więcej, ale i mają ostrzejszy przebieg.

    To grypa, koronawirus i wirus RSV sprawiły, że nie ma łóżek. Jednak to ten ostatni sieje największe spustoszenie wśród najmłodszych. Wirus jest bardzo zaraźliwy. Objawy zakażenia są podobne do infekcji górnych dróg oddechowych. Dla zdrowych dzieci zakażenie zazwyczaj nie jest groźne i przebiega łagodnie, jednak nie w tym sezonie.

    Wszystkiemu winna pandemia

    Jeszcze w trakcie pandemii COVID-19 lekarze ostrzegali, że w związku z tym, że innych zakażeń było mniej, za jakiś przyjdzie także czas na epidemię wyrównawczą. Eksperci kulminacji zakażeń wirusem RSV spodziewają się teraz na przełomie roku. Natomiast szczyt zachorowań na grypę dopiero przed nami, najpewniej na przełomie stycznia i lutego, ale już jest tragicznie. Od kilku tygodni oddziały pediatryczne są przepełnione. A święta czy inne beztroskie rodzinne spotkania z pewnością nie poprawią tej sytuacji. Mali pacjenci trafiają najczęściej do szpitala z objawami gorączki, dusznością i suchym kaszlem. Wirus RSV może prowadzić do ich obturacji, konieczne jest więc usuwanie wydzieliny i nebulizacja. Jest także bardzo dużo dzieci z bakteryjnym zapaleniem płuc, tak silnym, że nie da się go leczyć w domu. Jak przyznała w rozmowie z Gazetą Wyborczą dr Natalia Krysiak, która pracuje w Klinice Pediatrii, Immunologii i Nefrologii Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, do szpitala trafiają dzieci na granicy wydolności oddechowej.

    Najlepiej zostać w domu

    Gdy nowoczesne leki i zaawansowany sprzęt nie pomagaj, niezbędne jest przeniesienie dziecka an OIOM i podpięcie do respiratora. Szpitale mają jednak ograniczone możliwości. Dlatego lekarze radzą, by dla bezpieczeństwa noworodków, rodzice, którzy mają także pociechy w wieku żłobkowym i przedszkolnym, pozostawiali starsze dziecko w domu.

    Przypominają również, by dzieci z infekcją pozostawiać w domach. - Ludziom się wydaje, że gdy koronawirus zelżał, już nie trzeba się martwić chorobami. Szybko zapomnieli, że w czasie infekcji trzeba się izolować. Chodzą do pracy i na zakupy z kaszlem, katarem, a nawet gorączką — wyznała z rozmowie z Gazetą Wyborczą dr Matyjaszczyk. - Nie łazić! Siedzieć w domu i się leczyć. To jest moja rada dla pacjentów.

    Zważając na słowa medyków, warto więc przemyśleć sylwestrowe plany. Szczególnie jeśli ktoś z uczestników imprezy ma objawy infekcji, nawet te niewielkie.

    Źródło: Gazeta Wyborcza

    Czytaj także: