
Listopadowe popołudnie jakich wiele. Mżawka, ciemno, desperacko poszukiwaliśmy wciągającego zajęcia dla całe rodziny. Dzieci wpadły na pomysł, żeby pograć w jedną z gier, która od dłuższego czasu szczelnie zafoliowana pyszniła się na półce. To taka wariacja na temat popularnych kalamburów. Po kilku minutach wiedziałam, że to była świetna decyzja. Was też zachęcam - zagrajcie w kalambury, a lepiej poznacie własne dzieci.
Proste zasady
Gra zawierała jednowyrazowe hasła, które trzeba było opisać tylko słowami na konkretną literę, pozostali gracze mieli za zadanie odgadnąć, o co chodzi. Banale i zabawne, mogłoby się wydawać. Nikt z nas nie podejrzewał jednak, ile dowiemy się o toku myślenia pozostałych członków rodziny.
Jedno z dzieci miało naprowadzić nas na słowo "flaga". Podpowiedzi: piraci, prezydent, podciągać. Szok, nikt nie wie, o co chodzi. Dziecko wyraźnie się złości, bo dumne z tych słów, które wymyśliło, nie jest w stanie powiedzieć, czemu nikt nie zgaduje. Analizujemy, szukamy bardziej ogólnych określeń: państwo, prostokąt, powiewa - też trzy słowa, na tę samą literę i wszyscy zgadują.
Każdy myśli trochę inaczej
Takich przykładów w czasie dwugodzinnej rozgrywki było mnóstwo. Bo jak się okazuje, każdy używając najprostszych jego zdaniem podpowiedzi, latał po własnym niebie. Dzieciaki za każdym razem nawiązywały przede wszystkim do swoich zainteresowań. Jak łatwo się domyślić, dziecko od flagi uwielbia szanty, kolekcjonuje mapy i kompasy.
Ktoś inny cały czas nawiązywał do dinozaurów, a kolejne dziecko za wszelką cenę, nawet do parasola prowadziło nas drogą przez ZOO. Przyglądanie się temu z boku mogło być nieco zabawne, ale nam mocno dało do myślenia.
Bo skoro dzieci w czasie zwykłej gry, gdy są spokojne, zrelaksowane i oddane przyjemniej rozrywki myślą zupełnie innym tokiem, niż my, to skąd pomysł, że od razu złapią, o co nam chodzi w codziennej bieganinie?
Mamo, bądź wyrozumiała
Kiedy mówimy dzieciom, że mają posprzątać w pokoju, nauczyć się z przyrody, ogarnąć się przed wyjściem, pospieszyć... Skąd pewność, że one pod tymi ogólnikami nie rozumieją czegoś zupełnie innego? Lepiej wstać pół godziny wcześniej, dać dzieciom (i sobie) odrobinę więcej czasu. Unikać nerwowego poganiania.
Zatrzymać się i upewnić, ze właśnie nie gracie w kalambury, które każdy przecież każdy opisuje nieco inaczej. Tłumacz najprościej, jak potrafisz, zamiast zwykłego "rozumiesz?", poproś dziecko, aby własnymi słowami opowiedziało, co ma zrobić, wtedy będziesz wiedzieć, czy rozmawiacie o tym samym. Jeśli nie - pomóż.
Wytłumacz krok po kroku, co kryje się pod "posprząta pokój". Rozbierz to polecenie na czynniki pierwsze. Nie oczekuj za dużo na raz, bo to przytłacza, frustruje i... zniechęca. Powiedz "wynieś naczynia do zmywarki", dopiero kiedy to się stanie, poproś o każdą czynność oddzielnie. Niech następują po sobie, będzie łatwiej i tobie i dziecku.
Zagrajcie
W ten weekend zaplanujcie wieczór z kalamburami. Obiecuję, że nie będziecie się nudzić. Na zawsze pozostanie w mojej pamięci mąż udający Czerwonego Kapturka i dzieci płaczące ze śmiechu. Ale ta zabawa, to nie tylko rozrywka, to też piękna lekcja tego, jak myślą wasi bliscy.
Ta zwykła, banalna zabawa daje do myślenia i otwiera oczy. Pomaga lepiej zrozumieć tych, których kochamy. A przecież im lepiej się rozumiemy, tym łatwiej nam się razem żyje. Jesień wykorzystajcie kreatywnie, budując relacje i nawiązując porozumienie. To zaowocuje w przyszłości.
