przedszkolak
Choć nie znają się na zegarku, świetnie wiedzą, kiedy jest pora wracać do domu. Fot. 123rf.com

W trosce o dziecko we wrześniu podajesz kontakty awaryjne, gdyby wydarzyło się coś poważnego lub umawiasz się, że dziś malucha odbiorą dziadkowie. Wychodzisz wcześniej z pracy, by nie utknąć w korkach i zapominasz, że zawsze może się wydarzyć coś, co sprawi, że absolutnie nie będziesz miała szans wyrobić się przed zamknięciem przedszkola.

REKLAMA

Do dziś to pamiętam...

... a miałam zaledwie 4 lata, gdy mama się po mnie spóźniła. Spadł śnieg i pociąg nie dojechał o zwyklej porze. Oczywiście nie było komórek, więc mama, stojąc na peronie, mogła jedynie się modlić, by pociąg w końcu przyjechał. Była zima, więc było ciemno, a ja byłam przekonana, że to już środek nocy. Wyobraźnia mocno zaczęła pracować, gdy pani, zamiast zająć mnie zabawą (sama zdenerwowana, że jeszcze nie wyszła z pracy), kazała usiąść w butach w szatni i czekać na mamę. Wszystko było już pogaszone i pozamykane. Nie pamiętam, bym płakała, ale pamiętam strach. Jest to tak silne wspomnienie, że obiecałam sobie, że ja jako matka nigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji...

Byłam w błędzie

Można sobie obiecywać, jednak jeśli jeździsz do pracy, to zawsze może coś wydarzyć się po drodze, na co absolutnie nie masz wpływu. Raz wyszłam 20 minut później z redakcji i pech: awaria tramwajów, a potem poszło już lawinowo. Dojechałam na styk. W przedszkolu była już tylko moja 3-letnia córka. Pani z uśmiechem dodała, że tak myślała, że coś na drodze się stało, bo zawsze jestem dużo wcześniej, dlatego jeszcze nie dzwoniła. Był ciepły miesiąc i było jasno, ale sam fakt, że nie było już innych dzieci, wzbudził niepokój u córki. Usłyszałam: "Myślałam, że nikt nie przyjdzie i mnie zostawiliście tu na zawsze".

Te słowa sprawiły, że ugięły się pode mną kolana. Uświadomiło mi to, jak bardzo ważne jest, by rozmawiać o tym z dzieckiem i utwierdzać, że nikt nie zostawi go na zawsze w przedszkolu. Niby oczywiste, ale okazuje się, że nie dla dziecka. Zabezpieczamy malucha, wypełniając dokumenty odbioru dla babć, cioć i sąsiadek. Traktujemy to jako opcję, gdy mamy zaplanowaną wizytę u lekarza lub ważne spotkanie, ale nie uprzedzamy naszej pociechy, że różnie może być.

Zamiast się zarzekać, pogadaj

Zaczęliśmy co jakiś czas rozmawiać o spóźnieniach. Tłumaczyć, że czasem psuje się tramwaj, jest wypadek na drodze i nie ma jak przejechać. Wyjaśnialiśmy, że to może sprawić, że mama albo tata dojedzie później. Nie raz usłyszałam, bym to uwzględniła i wychodziła wcześniej z pracy (jakie te nasze dzieci mądre i wygadane!). Ale co ważniejsze, zaczęliśmy powtarzać, że absolutnie zawsze ktoś ją odbierze

Wie, jak daleko mieszkają dziadkowie i trochę czasu zajmie, zanim dojadą do przedszkola. Okazało się również, że niedaleko pracuje nasza bliska znajoma i ją dodaliśmy do listy, by na szybko mogła odebrać córkę.

Z pozoru niewinne spóźnienie (przecież zdążyłam przed zamknięciem) wyrządziło mojemu dziecku krzywdę i nadszarpało zaufanie, jakim nas darzyła. Wymagało od nas bardzo dużo pracy, by przestała się stresować. Cała sytuacja pokazała nam, że nie wszystko da się przewidzieć, zaplanować i zabezpieczyć. Zarzekanie się, że "ja nigdy się nie spóźnię" to naiwność. Poza obstawianiem dziecka osobami, które mogą je odebrać, warto po prostu zawczasu porozmawiać z dzieckiem i je uprzedzić. Tu właśnie tu popełniliśmy błąd na samym początku. Gdyby te rozmowy pojawiły się znacznie wcześniej, jestem niemalże pewna, że mniej by się aż stresowała. I może szybciej zapomniała o wszystkim.

Warto pamiętać, że jest cała masa sytuacji, które dla nas dorosłych są czymś normalnym, a nasze dzieci mogą przestraszyć. Są niezwykle mądre i wiele rzeczy są w stanie zrozumieć, jednak trzeba z nimi rozmawiać. I to dużo.

Czytaj także: