
Gdy zostałam mamą po raz pierwszy, miałam poczucie, że muszę dziecku zapewnić najlepszy możliwy start. Co ma dziecko ze mną robić same w domu? Na pewno nie oglądać bajki, więc jak wariatka latałam na różne zajęcia. Przy drugim dziecku już tego nie robię i wiecie co? To absolutnie nie oznacza, że zaniedbuje dziecko czy że nagle stałam się gorszą matką.
Lepszy start
Gdy na świat przyszła moja starsza córka, pochłaniałam poradniki jedne za drugim, chodziłam na konferencje dla rodziców, by być najlepszą wersją matki, na jaką mnie stać. Gdy mała miała pół roku, stwierdziłam, że najwyższy czas na zajęcia dodatkowe. Zewsząd zaczęły mnie atakować reklamy zajęć dla bobasów, dzięki którym dziecko rozwinie się szybciej, lepiej, będzie bardziej towarzyskie, lepiej dobodźcowane... Wartościowe zajęcia dla dziecka, pretekst, by wyjść z domu i nowe towarzystwo dla mnie. No aż żal nie skorzystać.
Basen, Gordonki, Sensoplastyka, spacer, a potem plac zabaw - nasz tygodniowy harmonogram był dość napięty. Oczywiście też dzień bez zajęć, by dziecko mogło się ponudzić, bo to ważne dla rozwoju dziecka. Gdy była chora, organizowałam zajęcia w domu, by nic nie straciła. Zabawa mąką i makaronem, a także playlisty z muzyką dla dzieci i z pokazywaniem.
Obowiązkowy spacer
Miałam obsesję na punkcie hartowania dziecka Śnieg, ulewa, mróz - ja nie wyjdę na dwór? Dziecko musi przecież się dotlenić, pospać na świeżym powietrzu. Co tam, że ja marznę i moknę, dobro dziecka najważniejsze. Czułam, że mam misję, dbam o moje dziecko i robię wszystko "jak należy". Zastanawiałam się, moknąc, gdzie te wszystkie matki. Czemu siedzą w domach?
Pewnie w moim życiu było jeszcze kilka takich rzeczy, bez których wydawałoby się, że wychowanie dziecka na zdrowe i szczęśliwe byłby absolutnie niemożliwe.
Nowa perspektywa
Gdy na świat przyszedł mój synek, plan był taki sam, w końcu starszej córce dobrze to zrobiło. Odkryłam, że czas nie jest z gumy, dwoje dzieci to już wyższa szkoła jazdy, jeśli chodzi o organizację życia. Okazało się, że na "spacer" mam czas tylko lecąc po starsze dziecko do przedszkola. Gdy zrobiło się zimno czy lał deszcz, bez oporów wybierałam samochód, a jedyny spacer syna był z samochodu do przedszkola. Na basenie, jak dobrze pójdzie, jesteśmy raz na 2 miesiące. Mimo że młody ma już 2 lata na Gordonki, które mamy pod domem nie dotarliśmy ani razu. Na żadne zajęcia nie dotarliśmy...
Zła matka?
Na początku miałam poczucie winy, że robię coś źle, że to moja wina, że źle organizuję czas, że zaniedbuję drugie dziecko, które wszędzie ciągnę przy okazji, bo starsza ma angielski czy taniec. Szybko jednak wyleczyłam się z tych kompleksów. Zrozumiałam, że wcale nie stałam się gorszą matką.
Co więcej, bez tych wszystkich zajęć z moim młodszym dzieckiem jest wszystko ok! Nie zauważyłam, by drugie dziecko było jakie "niedouczone," wolniej się rozwijało, cierpiało czy miało braki. Ma kochająca rodzinę, dobre warunki, swobodę i zabawki. Kiedy jest ciepło szaleje na placu zabaw, w weekend ma różne atrakcje i spotkania z dziećmi przyjaciół. Bawi się z siostrą, bawi z tatą, z mamą, ale i bawi się same. Mnóstwo czasu same się bawi i nie cierpi z tego powodu. Nie cierpi, że nie ma zajęć plastyki, bo chce pisać jak siostra czy robić figurki z plasteliny, bo ona się tak bawi. Nie cierpi, że nie ma zajęć z muzyki, bo uwielbia się wygłupiać z tatą do głośnych kawałków z radia czy "śpiewać" z siostrą do mikrofonu. I wiecie co? Jest bardziej samodzielny, bo nikt nie organizuje mu czasu w 100 procentach.
Ale i ja jestem zdrowsza, nie ma wyrzutów sumienia, że dziś padało i nie wyszłam, że zaspałam na jakieś zajęcia. Jestem zdrowsza, bo nie jestem umordowana lataniem, ubieraniem, pędzeniem na konkretną godzinę. Teraz mimo wszystko stać mnie na więcej luzu i spontaniczności, których nie miałam przy pierwszym dziecku. Mam wrażenie, że dzięki temu znacznie lepiej organizujemy sobie czas, może jest go mniej, ale jest znacznie bardziej wartościowy, bo spędzamy go razem i jest fajnie!