Osoba odpowiedzialna za alarmy bombowe na Mazowszu pozostaje nieuchwytna.
Osoba odpowiedzialna za alarmy bombowe na Mazowszu pozostaje nieuchwytna. Materiały policyjne

W wielu przedszkolach w Warszawie i okolicach dziś ewakuowano dzieci. Powód — mail z informacją o bombie odłamkowej, która miała znaleźć się na terenie placówek. "Podłożono bombę odłamkową z odłamkami metalu i gwoździ, detonacja nastąpi o 12, w samo południe, to zemsta za lockdown" - pisał autor wiadomości.

REKLAMA
W mailu czytamy m.in.: "Uciekajcie, bo wszyscy zgina, ja nie żartuje, przekonacie się, ale wtedy będzie wasz koniec". Na miejsce zdarzenia wezwano jednostki saperskie z psami tropiącymi i ewakuowano dzieci i pracowników przedszkoli. - Z naszych informacji wynika, że wiadomość wpłynęła do dziewięciu placówek — potwierdziła w rozmowie z portalem Wawainfo.pl Karolina Gałecka, rzeczniczka stołecznego ratusza.

Nie tylko stolica

Moje dziecko chodzi do przedszkola w podwarszawskiej miejscowości. Od grudnia dziś doświadczyło trzeciej ewakuacji. Za każdym razem, z tego samego powodu. Anonimowe zgłoszenie o bombie. Na szczęście tuż obok przedszkola znajduje się szkoła i tak za każdym razem dzieci czekają, aż służby sprawdzą, czy placówka jest bezpieczna.
Za każdym razem zgłoszenie wpływa krótko przed śniadaniem. Przerażone przedszkolaki muszą przerwać zabawę, szybko ubrać się i przenieść na halę sportową, gdzie siedzą i czekają. Dziś dwie godziny. Mój syn jest trzylatkiem, któremu trudno jest zrozumieć te wydarzenia.
Dzieci są przerażone, wyrwane z rutyny, bo ktoś doskonale bawi się ich kosztem. Policja nie jest w stanie namierzyć autora wiadomości, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu i winowajca poniesie konsekwencje. Bo nic nie tłumaczy krzywdzenia dzieci. A ten "żart" zdecydowanie do śmiesznych nie należy. Generuje niepotrzebny stres u dzieci i naraża służby na koszty.
Wszyscy jesteśmy sfrustrowani, ale czy naprawdę nie ma lepszego sposobu na wyrażenie swojego niezadowolenia, niż straszenie przedszkolaków? Pominę fakt, że wielu rodziców dostając taką wiadomość, zwalnia się z pracy, żeby odebrać dzieci. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy ostrzeżenie jest fałszywe, a kiedy okaże się prawdą.