
Kilka dni temu na Facebooku zaczęły pojawiać się zdjęcia mężczyzny. Na jednym zarośnięty w grubej kurtce w zawstydzeniu spuszcza wzrok, na drugim – umyty i ogolony – podnosi nieco głowę. To ta sama osoba – pan Roman, który od lat żył na ulicach Bytomia. Mogłoby się zdawać, że w końcu los zaczął mu sprzyjać– dwie kobiety zaprosiły go do swojego domu i otworzyły w jego życiu nowy rozdział. Zaczął być nazywany "Dziadkiem". Byłaby to piękna historia o człowieczeństwie i empatii, gdyby nie to, że pomóc mu okazuje się bardzo trudno. I to bynajmniej nie z jego winy.
– Od zawsze wszyscy się z niego śmiali, dorośli i dzieci. Mówili, że jest chory psychicznie, wytykali go palcami. On w odwecie krzyczał, paru osobom wybił szyby. Potem w jego kamienicy wybuchł pożar, a ludzie gadali, że to on ją podpalił – opowiada pani Dominika Adamczyk-Nowakowska, która Romana Pełkę pamięta jeszcze z dzieciństwa, mieszkała z nim "płot w płot" przy ul. Gliwickiej (teraz Długiej) w Radzionkowie.
Początkowo historia pana Romana wydawała się historią o ludzkiej empatii, współczuciu i bezinteresowności. Potem wyszło na jaw, że to opowieść o wielu nadużyciach.
– Początkowo wszystko układało się pomyślnie. Pan Roman bawił się z naszymi dziećmi, stał się prawie członkiem rodziny. Ustaliłyśmy jego tożsamość, poszłyśmy z nim do fryzjera. Był nawet w kinie na "Asterixie i Obelixie".
Siostry odwiedziła pani z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, która obwieściła, iż pan Roman jest ubezwłasnowolniony.
Kiedy pan Roman usłyszał, że jest ubezwłasnowolniony, odmówił wizyty u psychiatry. Nie chce też rozmawiać z siostrzenicą, bo "powinno jej być wstyd, że tyle lat się nim nie interesowała". Nie interesował się zresztą nikt. Jako obywatel pan Roman nie istniał, bo nigdy nie popełnił przestępstwa, które skłoniłoby policję do odkrycia jego tożsamości.
Może cię zainteresować: Pokazała twarz po pobiciu przez męża. Nie to w historii Martyny przeraża najbardziej
