Marina pokazała, jak z synem kibicują Wojtkowi Szczęsnemu
Marina pokazała, jak z synem kibicują Wojtkowi Szczęsnemu fot. Instagram

Niektóre mamy w internecie potrafią dać popalić. Choć nierzadko zdarza się, że mają rację, gdy zwracają uwagę na źle zamontowany fotelik samochodowy, to bywają też nadwrażliwe, przez co przesadnie krytyczne. Najbardziej obrywa się mamom-celebrytkom. Marina znalazła sposób, by zamknąć czepialskim usta.

REKLAMA
Żona Wojtka Szczęsnego opublikowała na Instagramie zdjęcie, które jest typowym kijem w mrowisku – przedstawia 4-miesięcznego Liama przed telewizorem.
Bo jak to? Niemowlak przed ekranem? Nie trzeba być uczonym, by wiedzieć, że to kiepski pomysł dla jego rozwoju. W dopisku w poście uspokoiła fanów: "Nie, nie trzymam go tak całymi dniami, nie ogląda również telewizji". W ten sposób piosenkarka zamknęła usta wszystkim, którzy chcieliby napisać, że telewizor w pobliżu dziecka to śmiertelne zagrożenie.
Po pierwsze i najważniejsze, zdjęcie ma charakter mocno symboliczny, co na szczęście dostrzega zdecydowana większość odbiorców. Tata na ekranie – syn przed. Jest mecz, są emocje i wzruszenie. Przekaz Mariny jest jednoznaczny – jesteśmy razem, nawet gdy osobno.
Jednak, jak słusznie się domyśliła, widok małego Liama w niedużej odległości od telewizora wywoła lawinę. Internautkom nie umknął sugestywny "PS". "Ileż Ty musisz znosić hejtu, skoro robiąc zdjęcie, od razu tłumaczysz, by najmądrzejsze mamuśki i nie tylko nie atakowały” – napisała jedna z nich. Okazało się, że mnóstwo mam mierzy się z przytykami na temat włączania przy dzieciach telewizora.
Znalazły się też komentujące, które wprost napisały to, do czego na głos innego matki nie przyznają się nigdy – że dziecku włącza się telewizor, by mieć czas na umycie zębów, czy zjedzenie śniadania.
Po drugie, każdy, kto miał ochotę napisać Marinie, że przesadziła z tym pokazywaniem dziecku ojca na ekranie, powinien dwa razy zastanowić się nad praktycznym zastosowaniem tego typu uwag.
Jeśli grozimy palcem za to, że dziecko ma okazję patrzeć w ekran, to czy oznacza to, że po porodzie każdy powinien pozbyć się z domu telewizora? Albo powinien powstrzymywać się od jego włączenia, nawet jeśli sam chce akurat coś obejrzeć?
Jestem mamą i od początku nie zamierzałam przed moim synem ukrywać, że istnieje coś takiego jak telewizja. Nie wyobrażałam sobie, by budować w nim przekonanie o istnieniu świata bez ekranów. Idea jest zacna, wizja idylliczna, ale (no cóż...) nieprawdziwa.
Oczywiście rozumiem, że chodzi o prawidłowy rozwój dziecka i to, że gapienie się w ekran mu w tym nie pomaga. O to, że telewizor nie powinien być włączony bez sensu.
Wiem, że pediatrzy z całego świata zalecają powstrzymywać dzieci do 2. roku życia przed oglądaniem czegokolwiek, a później seanse powinny trwać 20 minut na dobę. W porządku, wyników badań nie powinno się ignorować, a dobro naszych dzieci niech będzie naszym priorytetem.
Ale czy przypadkiem nie chodzi o to, by wiedzieć, co jest dobre, a co złe, korzystać z tej wiedzy, obserwować własne dziecko, i chcąc dla niego jak najlepiej, być najlepszą, bo normalnie żyjącą rodziną? Jeśli odpalimy telewizję śniadaniową, gdy dziecko turla się po macie edukacyjnej, a my mamy okazję przysiąść z kawką, to popełniamy przestępstwo? Moim zdaniem nie.
Więc nawet gdyby mały Liam przeleżał obok mamy-kibicki cały mecz, też nie stałoby się nic złego. Pewnie nawet byłoby fajnie.
Warto też pamiętać, że mamy, które decydują się zostać z dzieckiem w domu, bywają same przez kilkanaście godzin na dobę. Nie jest to zapewne przypadek Mariny, ale z pewnością tysięcy statystycznych kobiet na macierzyńskim.
Nie mają z kim pogadać i ten przyziemny, drobny problem po kilku miesiącach kiełkuje głębokim poczuciem osamotnienia. Z doświadczenia wiem, że dla takich mam telewizja bywa doraźnym towarzyszem i pomaga utrzymać przekonanie, że jednak nie żyjemy na bezludnej wyspie.
Oglądanie telewizji nie jest oczywiście rozwiązaniem problemu, jedynie plastrem na ranę. Po prostu czasami kilka chwil przy serialu w towarzystwie niemowlaka uczyni dla kondycji psychofizycznej całej rodziny więcej dobra niż szkody.
Fajnie byłoby, gdybyśmy to rozumiały. Dostrzeganie szarości w morzu czarno-białych komunikatów oraz ważenie strat i zysków to bardzo potrzebne umiejętności. Dzięki nim nie trzeba byłoby wyciszać hejtu w przekonaniu, że z pewnością nastąpi.