Każde dziecko podczas mikołajkowego losowania pragnie wyciągnąć karteczkę z imieniem przyjaciela. O wiele łatwiej trafić wtedy z prezentem.
Każde dziecko podczas mikołajkowego losowania pragnie wyciągnąć karteczkę z imieniem przyjaciela. O wiele łatwiej trafić wtedy z prezentem. Prawo autorskie: paylessimages / 123RF Zdjęcie Seryjne

REKLAMA
Wkładamy w nocy dzieciom prezenty pod poduszkę albo do bucika. Czasami po prostu gotówkę i wiele dzieciaków ma radochę, bo doskonale wiedzą, na co chcą ją przeznaczyć. Obowiązkowo dorzucamy trochę słodyczy, a w szkołach robimy losowanie: kto komu zrobi upominek. Oczywiście uzgadnia się wcześniej kwotę (którą i tak wielu przekracza), a potem pozostaje zmartwienie: co kupić? Czy trafimy w gust koleżanki albo, co trudniejsze – nauczyciela? Bo ktoś też w końcu wyciągnie karteczkę z napisem „wychowawca”.
– Zapomniałem o zorganizowaniu mikołajek w klasie wychowawczej. Przypomniał mi o tym Bogusław Śliwerski na swoim blogu. Niestety, przypomniał tak, że w ogóle nie będę się tym zajmował. Kończę z mikołajkami w szkole – czytam słowa nauczyciela, pisarza i publicysty na chetkowski.blog.polityka.pl. – Bo mikołajki to przymus, oszustwo i żadna radość. Kolejne niechciane święto, jakie funduje dzieciom szkoła – podsumowuje Chętkowski.
Mikołajki kiedyś i dziś
Tradycja mikołajkowa wywodzi się ze święta ku czci „Mikołaja”, obchodzona w katolicyzmie i prawosławiu. Kiedyś był to nawet dzień wolny od pracy, jednak po 1969 roku stał się tzw. wspomnieniem dowolnym.
Profesor nauk humanistycznych, pedagog, Bogusław Śliwerski, mikołajkową sytuację w szkołach nazwał „absurdem”. – Dlaczego nadal pielęgnuje się tę tradycję w środowisku, które przecież nie jest do tego zobowiązane ani historycznie, ani społecznie, a już tym bardziej – ekonomicznie? – rozważa.
– Jaki jest cel tego zwyczaju? Czemu to ma służyć? – zastanawia się Śliwerski i dodaje – Gdyby jeszcze miało być tak, że każdy samodzielnie wykona jakiś upominek, np. napisze wiersz, skomponuje melodię, (...)narysuje, sfotografuje itp., to rozumiem, że byłoby to okazją do odkrywania dziecięcych/młodzieżowych talentów, uzdolnień, zainteresowań czy umiejętności, ale wymuszone tradycją dokonywania zakupów w sytuacji, kiedy się jeszcze nie zarabia, wydaje się już zbyteczne.
Paskudny kubek
Jak często zdarza się, że dziecko dostanie upominek, którego najchętniej pozbyłoby się w sekundę? Ba, nawet patrzeć na niego się nie da. Jedna z mam powiedziała mi kiedyś – Moja córka dostała kubek. Nie ma w tym nic złego, ale ten był wyjątkowo paskudny. Gdy wróciła ze szkoły, widziałam po niej, że jej zwyczajnie przykro, podczas gdy ona włożyła naprawdę dużo serca w prezent dla koleżanki.
Pamiętacie swoje mikołajki? Wyraźnie widzę ten moment, gdy wręczamy sobie pakunki. Każdy zagląda z ciekawością i nadzieją do środka i... Ten widok, gdy na twarzach wielu maluje się rozczarowanie, albo co gorsza, zawstydzenie. Dlaczego? Bo albo pochodzili z mniej zamożnej rodziny, albo po prostu rodzice uznali, że zasady to zasady i kwoty 20 zł przekraczać nie wolno. Za to inni, zaszaleli z prezentami nawet za trzykrotnie wyższą cenę. Wśród nastolatków bywa jeszcze ciekawiej:
Anonim
komentarz z sliwerski-pedagog.blogspot.com

A dla mnie ten zwyczaj w polskich szkołach - z perspektywy wielokrotnej mamy - to jakieś totalne nieporozumienie. Tym bardziej, że cwańsze dzieciaki i tak latają z karteczkami, by się wymieniać nimi (taka mikołajakowa socjometria) albo po cichu ustalać, co ma być kupione (gdy w grę wchodzą np. populane wśród dziewczyn kosmetyki)(...) Zdarzały się sytuacje, że małolaty otrzymywały piwo lub papierosy. No i popularne "śmieszne" gadżety: poduszka-pierdziawka, sztuczna kupa lub takież rzygi (no, to przynajmniej jest emanacją specyficznego dla wieku poczucia humoru - od dorosłego takiego prezentu nie użyczą).

Oczywiście, jest i nieszczęśnik, który wylosował wychowawcę, bo i tak wszyscy wiedzą, kto to. I to test dla niego (czytaj: jego rodziców), bo czyż dla Pani czy Pana nie powinien być z tej okazji okazalszy (czytaj: droższy upominek)? To sprawdzian z pomysłowości, dobrego smaku, czasem gotowości hojniejszego otwarcia portfela. Przecież wszyscy patrzą.

Uczniowie mówią "nie"?
Na szkolnych korytarzach coraz częściej słychać, że to „wymuszanie kupowania” nikomu nie jest do niczego potrzebne, a młodzież jest wręcz zdegustowana tym zwyczajem i może nawet woleliby sami coś zrobić, ale dla osoby lubianej, a nie wylosowanej.
Przecież zdarza się i tak, że jej kompletnie nie znają. Raptem mówią sobie „cześć” i to by było na tyle a propos ich koleżeńskich relacji. Dlatego też w niektórych szkołach, niekiedy decyzją samych uczniów, odchodzi się od tej upominkowej tradycji.
– Oczywiście, nie wszystko stracone. Mikołajki mogą wrócić. Jeśli uczniom zależy, aby były, niech przekonają nauczyciela, że warto. Nie będzie łatwo. Współczesna pedagogika, w którą wierzę, jest przeciw – swoją rezygnację z klasowych mikołajek argumentuje Chętkowski.
A może wystarczyło nieco zmodyfikować obecnie panujące reguły? Od znajomej mamy usłyszałam: – U mnie w szkole jest to fajnie rozwiązane. Z pieniędzy klasowych kupujemy wszystkim dzieciom jednakowe prezenty.

Źródło: sliwerski-pedagog.blogspot.com, chetkowski.blog.polityka.pl