
Nie znam zbyt wielu religijnych rodzin. Szczerze wierzących. Akceptujących wszystkie zasady, którymi należałoby się kierować, będąc członkami Kościoła katolickiego. Ale pozostała… tradycja. Tak, to jest najlepsze słowo.
REKLAMA
Chrzest, który jest najważniejszym, pierwszym sakramentem, jest aktem wiary, a jego przyjęcie powinno być choćby przynajmniej wyrażeniem pragnienia życia w jej duchu, stał się folklorystycznym akcentem, elementem naszej, polskiej, bądź po prostu rodzinnej, tradycji.
Nie neguję religii jako takiej, nigdy nie ośmieliłabym się skrytykować wiary. To ważna część, a nawet najistotniejszy element życia dla niektórych. Szanuję to. Decyzja o chrzcie dziecka, które przyjdzie na świat w takiej rodzinie, jest czymś naturalnym, o ile rodzicie także oddani są wierze.
Wiara. To ona powinna być jedynym powodem, katalizatorem na przyjęcie tego sakramentu dla potomków. Rodzice, którzy decydują się taki krok, podejmują się ważnego zobowiązania: wychowywania dziecka w zgodzie z zasadami Kościoła.
Ja nie byłam w stanie. Kościół nie zajmuje szczególnego miejsca w moim życiu. Ba, wręcz nie odgrywa żadnej w nim roli od wielu lat. To byłaby hipokryzja. Dlaczego więc nie zostawić tej decyzji dziecku?
Taka zapadła decyzja. Wspólna. Przemyślana.
Nie było łatwo. Zdziwienie bliskich, u niektórych umiarkowane, a dla innych szok.
W podobnej sytuacji było wielu moich znajomych. Jedni się ugięli pod naciskiem rodziny, inni, znaczna mniejszość, wytrwała w swoich przekonaniach. „Jak to, moja wnuczka nie pójdzie do nieba. Nie możesz jej tego zrobić” – mówiła prababcia mojej znajomej. „A co ja powiem koleżankom” – mawiała inna.
Nie było łatwo. Zdziwienie bliskich, u niektórych umiarkowane, a dla innych szok.
W podobnej sytuacji było wielu moich znajomych. Jedni się ugięli pod naciskiem rodziny, inni, znaczna mniejszość, wytrwała w swoich przekonaniach. „Jak to, moja wnuczka nie pójdzie do nieba. Nie możesz jej tego zrobić” – mówiła prababcia mojej znajomej. „A co ja powiem koleżankom” – mawiała inna.
Może cię zainteresować także: "Dekada, w której odzyskamy siebie." List do każdej 30-latki, powinnaś to przeczytać
Co powiedzą znajomi
– Najważniejsza jest rodzina, a nie to, co inni myślą. Jasne, że wy wiecie najlepiej co dobre dla waszego dziecka i dla was. No powiedzmy, może nie do końca, ale to wy podejmujecie decyzję. To jest prawo wasze, rodziców. Znajoma się mnie ostatnio pytała, kiedy będziecie robić chrzest, bo mały już nie jest taki mały i drugie w drodze. Powiedziałam, że czekacie, żeby dwójkę ochrzcić razem. Będzie łatwiej, taniej. No a po co mają plotkować – mówiła mama mojej koleżanki.
– Najważniejsza jest rodzina, a nie to, co inni myślą. Jasne, że wy wiecie najlepiej co dobre dla waszego dziecka i dla was. No powiedzmy, może nie do końca, ale to wy podejmujecie decyzję. To jest prawo wasze, rodziców. Znajoma się mnie ostatnio pytała, kiedy będziecie robić chrzest, bo mały już nie jest taki mały i drugie w drodze. Powiedziałam, że czekacie, żeby dwójkę ochrzcić razem. Będzie łatwiej, taniej. No a po co mają plotkować – mówiła mama mojej koleżanki.
Znajoma odpowiedziała, że nie interesuje jej opinia innych i nigdy nic nie będzie robiła pod wpływem żadnej presji społecznej i ma gdzieś, że ktoś, coś będzie gadał. Ona się tego nie wstydzi. No bo dlaczego?
Właściwie to nawet jest z siebie dumna. Jako jedna z nielicznych ma czyste sumienie. Nie będzie oszukiwać siebie i dziecka. Nie była na mszy dobre 10 lat i na nic argumenty tych wszystkich, którzy tak jak ona, nie praktykując w ogóle, brali ślub kościelny i chrzcili. I choć ich dzieci mają już po kilka lat, to Kościół widzą tylko podczas święcenia jajek. A wieczorna modlitwa? No może znają fragment „Ojcze nasz…” .
Niczym nie ryzykujesz
– Lepiej ochrzcij. Nic nie tracisz, no może faktycznie, trochę kasy, ale to jednorazowy wydatek, a możesz tylko zyskać. Tak na wszelki wypadek to zróbcie, dla dobra dziecka. Jak dorośnie, będzie mogło się przecież wypisać.
– Lepiej ochrzcij. Nic nie tracisz, no może faktycznie, trochę kasy, ale to jednorazowy wydatek, a możesz tylko zyskać. Tak na wszelki wypadek to zróbcie, dla dobra dziecka. Jak dorośnie, będzie mogło się przecież wypisać.
Też to znacie?
Po pierwsze, kwestia „wypisania”, czyli tzw. akt apostazji, to nie taka prosta sprawa. Może się ciągnąć miesiącami i wymaga determinacji. Wielu ateistom w dzieciństwie ochrzczonym (niektórzy nawet mieli komunię, z której pamiętają głównie: kto był, że było przyjęcie, prezenty i modlitwy do wykucia na blachę), po prostu się nie chcę.
Po drugie, czy jesteśmy świadomi tego, jakie obietnice składamy przy chrzcie? Wydaję mi się (a może źle myślę?), że być dobrym człowiekiem, szanującym innych i siebie, dbającym o „higienę” własnej „duszy”, to przede wszystkim nie kłamać w tak ważnych sprawach. Kłamstwo i konformizm, na „dzień dobry” gdy pojawia się nowy członek rodziny, to dobry dla niego przykład?
Bycie niereligijnym, nie dyskwalifikuje przecież nas, jako „człowieka dobrego”. Nie oznacza to, że jest się mniej empatyczni. Przeczytałam ostatnio w polityka.pl o badaniach, które przeprowadzili psycholodzy w USA na 1170 rodzinach katolików, muzułmanów i ateistów. Okazało się, że dzieci wychowywane w „wierzących domach”, przejawiają mniej altruistyczne zachowania od tych niewierzących, rzadziej chcą się dzielić i wyznaczają surowsze kary. Ok. Zastanawiające.
Temat chrztu został zamknięty. Pewnie byłoby mi trudniej gdybym była z tym sama, gdyby partner nalegał na kultywowanie tradycji. Mam jednak wrażenie, że milion razy tłumaczyliśmy: Dlaczego nie? A potem innym, jak nam się udało wytrwać. Odpowiedź jest banalna, bo liczy się tylko jedno: konsekwencja (zupełnie jak podczas wychowywania dziecka). Gdy argumenty nie docierały, wybierałam opcję: NIE, BO NIE. Po kilku miesiącach nie było już pytań.
