Dzieci często się potykają. To był zwykły upadek...
Dzieci często się potykają. To był zwykły upadek... Prawo autorskie: nadezhda1906 / 123RF Zdjęcie Seryjne

Takiej sytuacji żadna mama nawet nie musi sobie wyobrażać.

REKLAMA
"Córka upadła. Uderzyła głową o chodnik." Takiej sytuacji żadna mama nawet nie musi sobie wyobrażać. Przydarza nam się to niemal każdego dnia. Nasze maluchy mają to przecież wrodzone - są ruchliwe i nieporadne. Potrafią potknąć się o własne nogi i upaść niespodziewanie, mimo że na drodze nie było żadnej przeszkody. Wywracają się, gdy ktoś nagle je zawoła - obracają się dynamicznie i tracą równowagę. Wpadają na schodki, słupki, krawężniki, bo nie patrzą przed siebie. Wystarczy tylko, by jakiś piesek, motylek czy duży samochód pojawił się w zasięgu ich wzroku.
Dla dziecka wszystko jest o wiele bardziej interesujące od uważnego patrzenia na drogę. Kiedy maluch robi widowiskowe "bam!", zamieramy. Podbiegamy do dziecka ile sił, podnosimy je jak najszybciej i z obawą patrzymy mu prosto w oczy. Wtedy najczęściej biedak zanosi się już płaczem lub widzimy, że właśnie ma zamiar wylać rzekę łez. Przytulamy naszą małą niezdarę. Matczyne serce pęka, gdy uszy słyszą łkanie pociechy. Czekamy, aż szloch ucichnie, bo wiemy, że wtedy już będzie dobrze. Nie zawsze jednak cisza jest ukojeniem. Milczenie malucha może być jeszcze większym koszmarem...
Mama z Pyskowic, o której dowiedziałam się z wiadomości na jednym z portali, zapewne oddałaby wszystko, by po upadku swojej 2-letniej córeczki, usłyszeć jej płacz. Dziewczynka upadła niefortunnie, uderzyła się, straciła przytomność. Nie wyobrażam sobie przerażenia, które musiało ogarnąć jej mamę, gdy ta zorientowała się, że jej dziecko nie oddycha. Kobieta natychmiast wzięła bezwładne dziecko na ręce, by jak najszybciej udzielić jej pomocy. Jak donosi portal TVN24 matka pobiegła do remizy strażackiej, która akurat była w pobliżu. Strażacy opowiadają, że kobieta dosłownie wpadła do budynku z dziewczynką na rękach. Krzyczała, że dziecko nie oddycha. Strażacy natychmiast przystąpili do działania. Na szczęście na zmianie akurat obecny był strażak, który jednocześnie był ratownikiem medycznym. W wywiadzie dla TVN24 opowiada on:
Radosław Rusinowski
strażak i ratownik medyczny

"Byłem na piętrze. Natychmiast zbiegłem, przyklęknąłem przy dziewczynce. Nie wyczułem oddechu. Tętno bardzo słabe. Podjąłem wentylacje metodą usta - usta."

Dziewczynka nie odzyskała jednak przytomności od razu. Gdy akcja reanimacyjna trwała, pozostali strażacy wezwali pogotowie i pobiegli po specjalny sprzęt medyczny. Cała zmiana była zaangażowana w ratowanie 2-latki. Na szczęście, dziewczynka ocknęła się, zanim przyjechała karetka. Nagle zaczęła płakać. Akcja trwała 4,5 minuty, ale strażacy przyznają, że mieli wrażenie, iż minęła godzina. Dziś wiemy, że mała ma się dobrze, w szpitalu spędziła tylko jeden dzień. Po dwóch tygodniach dziewczynka wraz z całą rodziną odwiedziła strażaków. To dzięki nim ten zwykły dziecięcy upadek nie zakończył się wielkim nieszczęściem.
Kiedy przeczytałam historię mamy z Pyskowic, nie mogłam pozbyć się myśli, że przecież upadek dziecka na spacerze to taka powszechna rzecz. Każdej z nas, niemal codziennie zdarza się pocieszać pociechą po niezdarnym upadku. Nie musimy nawet wychodzić w domu, ostatnio sama zamarzłam, gdy trzylatek zapatrzył się w bok i potknął o własny samochodzik uderzając główką o panele. Zwykle takie wypadki kończą się niewielką raną, zadrapaniem, zwykłym guzem. Nie myślimy na co dzień o tym, że licho nie śpi. Nie zastanawiamy się nad tym, że być może w najbardziej nieoczekiwanym momencie będziemy potrzebować pomocy, by ocalić życie własnego dziecka.