Prawo autorskie: stockbroker / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: stockbroker / 123RF Zdjęcie Seryjne

REKLAMA
Gdyby moja mama kiedykolwiek przeczytała te słowa, chciałabym aby wiedziała, że nie mam do niej żalu. Mimo, że nie zrobiłabym tego co ona, rozumiem jej decyzję. Chociaż… chyba trochę się wymądrzam. Ja wiem, jakie konsekwencje dla matki i córki miało to wszystko, co się wydarzyło. Ona wtedy nie mogła tego wiedzieć.
Nigdy nie wybaczyłam swojej mamie, ponieważ nie miałam czego jej wybaczać. Nie obwiniałam jej. Była cudowną mamą. Reszta tylko trochę jej się nie udała.
Piszę więc ten list trochę ku przestrodze, trochę z ciekawości czy ktoś przeżył to samo, a może coś podobnego. Czy coś innego mógł nam wywróżyć los? Mam też w sobie wielką potrzebę, by po prostu to z siebie wyrzucić.
Pochodzę z dobrego domu, w którym było dużo miłości. Jako dziecku, nie brakowało mi niczego. Miałam mnóstwo fajnych zabawek, modne dziecięce ubranka, jeździłam na wakacje zagranicę, czym w tamtych czasach niewiele dzieciaków mogło się pochwalić. Nigdy nie miałam problemów w szkole. Na ósme urodziny dostałam wymarzonego psa. Na Komunię komputer. Teraz to pewnie nic wielkiego, ale wtedy i owszem. Naprawdę nie ma nic z takich rzeczy materialnych, na których brak mogłabym narzekać. Jestem za nie wszystkie ogromnie wdzięczna, bo wiem, że mama ciężko zapracowała na nie zupełnie SAMA…
I to był nasz największy problem. Tym, czego zabrakło w naszym domu, był jeden człowiek - tata.
Jego miejsce zajęła babcia. Mama, rozstając się z ojcem, wróciła do rodzinnych stron i zamieszkała w ze swoją matką w mieszkaniu, w którym się wychowała. Rozpoczęła walkę o siebie. Z małym dzieckiem u boku zdobywała lepsze wykształcenie, walczyła o dobrze płatną pracę, w końcu założyła własną firmę. Robiła wszystko z myślą o mnie, wiem to. Często wyjeżdżała. Gdy jej nie było, zajmowała się mną babcia. Była taką moją drugą mamą. I to wcale nie było dobre. Dlaczego?
Ponieważ byłam wychowana pod kloszem z hartowanego szkła i odczuwam konsekwencje tego do dziś. Mama z babcią, od kiedy pamiętam, próbowały ochronić mnie przed całym złem świata. “Dziecko uważaj”, “To niebezpieczne”, “Lepiej nie ryzykować”. Babcia, gdy zostawała ze mną sama na kilka dni, najchętniej zamknęłaby mnie na cztery spusty w domu. “Dziecko, ty zawsze chcesz na dwór lub do kogoś. Pobaw się trochę w domu.” O karuzeli, gdy mamy nie było, mogłam zapomnieć. O spaniu u koleżanki tym bardziej. Problemem było nawet pójście na urodziny, gdzie zbierało się pół klasy z podstawówki. O jakichkolwiek wycieczkach z rodzicami innych dzieci nie było nawet mowy. Gdy zaczęłam dorastać, wcale nie dano mi więcej swobody. Byłam traktowana jak mała dziewczynka. Jestem nią zresztą w oczach babci do dziś…Nadopiekuńczość dziadków jest czasem dobra dla dziecka, ale… Właśnie. Czasem. Maksymalnie co weekend, nie codziennie.
To ciągłe zastanawianie się, czy nic mi nie grozi, weszło mi samej w nawyk. Przesiąkłam nim. Do dziś boję się samodzielnie podejmować decyzje. Obawiam się wyzwań życiowych. Gdy czeka mnie coś nowego - a czeka zawsze, bo przecież takie jest życie - myślę o tym na okrągło, czy się uda czy nie. Gdy w końcu odnoszę sukces, zamiast radości, czuję jedynie ulgę. Bardzo mi to przeszkadza i usilnie pracuję nad sobą, by to zmienić. Od dwóch lat chodzę na terapię do psychologa. Jest dużo lepiej, ale niestety wciąż bardzo często czuję się jak dziecko, które musi uczyć się żyć zupełnie od podstaw. Jak wyleczyć się z ciągłej obawy, że wydarzy się coś złego, gdy jest to schemat, który mam w sobie wyrobiony od dzieciństwa?
Zawsze zazdrościłam koleżankom, że mają tatę. Pewnie nieco idealizowałam tych mężczyzn. Bardzo chciałam, by ktoś się za mną wstawił u moich “mam”. By powiedział “Dziecko, działaj! Upadniesz to wstaniesz!”. Brakowało mi tej mocnej ręki, szerokich pleców, które w razie co by za mną stały. Moje “mamy” starały się, ale nie były dla mnie podporą. Paradoksalnie jeszcze bardziej się przez nie stresowałam - “Co one na to powiedzą?”, “Pewnie znów nie będzie mi wolno.”, “Nienawidzę ich!”. Tak, takie myśli w złości również mnie nachodziły. Czuję się okropnie gdy sobie to przypominam...
Byłyśmy nas domu trzy kobiety. Wydawałoby się, że powinno być super - jak trzy przyjaciółki! Dziewczynce przecież łatwiej rozmawiać z mamą o tych wszystkich “kobiecych” sprawach. Cóż, tak nie było. Przez to, że byłam pępkiem świata dla dwóch nadopiekuńczych kobiet robiłam wszystko, by się przed nimi nie otwierać. Nie mówiłam o swoich problemach, bo wpadłyby w panikę. Okłamywałam je. Kłamałam co robię, gdzie i z kim. Szłam spać do koleżanki z bloku obok, a tak naprawdę jechałam na imprezę na drugi koniec Polski.
Teraz, gdy to wszystko wspominam, mam wrażenie, że dla babci i mamy byłam zupełnie inną osobą, niż dla siebie samej i dla koleżanek. Zresztą, do dziś tak jest. Z mamą łączy mnie duża więź emocjonalna, ale cienka nić porozumienia. Nie zwierzam się jej ze swoich problemów. Wolę nie dzwonić do niej, bo wiem co się wydarzy. Powie: “Nie martw się, będzie OK”. Za chwilę znów zadzwoni i będzie dopytywać o szczegóły. Za godzinę ponownie wykona telefon i zapyta czy coś postanowiłam. Nazajutrz zrobi to ponownie. Jest kochana, ale czuję się, jakbym znów miała nad sobą klosz, duszę się..
Moja historia jest idealnym potwierdzeniem faktu, że aby zapewnić dziecku ciepły dom, w którym może się czuć bezpiecznie i swobodnie, potrzebne są do tego dwa pierwiastki: męski i żeński. Kobieca miłość jest nieoceniona, ale gdy uderza w dziecko ze zdwojoną siłą, może je porazić. Nie byłoby mnie tu, gdzie jestem, gdyby nie dwie cudowne kobiety, które mnie wychowały. Nie chciałabym jednak, by moje dziecko przeżyło to, co ja. Chcę je przed tym ochronić. Obiecuję sobie, że gdy będzie kiedyś źle w moim małżeństwie, nie dopuszczę do rozwodu, będę o nas walczyć na wszystkie sposoby. A gdy mi się nie uda, za nic nie wrócę do mamy. Pozwolę jej sobie pomóc, ale nie założę z nią domu. Będę musiała być samodzielna, nie ma innej opcji.
Marzę, by zapewnić mojemu dziecku prawdziwy dom. Boję się, że mi się nie uda. Tyle się mówi, że dzieci powtarzają historie swoich rodziców. Ten strach jest moją bolączką.
Niedawno prawdziwie i szczerze rozmawiałam z mamą o jej życiu. Powiedziała mi, że żałuje swojej decyzji sprzed lat, o zamieszkaniu ze swoją matką. Ze łzami w oczach przyznała mi się, że przez to wciąż czuje się przy niej jak mała dziewczynka - przywoływana do porządku i ostrzegana przed wszystkim. Tak jakby nie pozwolono jej dorosnąć. Wiem, co czuje. Przytuliłam ją, podziękowałam za to, że była i jest przy mnie. Nie zamieniłabym jej na żadną inną mamę.
Wybrałabym jedynie inne okoliczności... Mam nadzieję, że nasza historia już się w naszej rodzinie nie powtórzy i moje dzieci nie będą musiały zmagać się z tym, co ja. Tego już jednak jej nie powiedziałam...