Męka, udręka i stres. To nieprawda, że mając dziecko możemy robić wszystko to, co wcześniej

Prawo autorskie: joannawnuk / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: joannawnuk / 123RF Zdjęcie Seryjne
Rodzic to też człowiek, prawda? I chciałby wyjść sobie na imprezę, do restauracji, na kawę. Czy może sobie na to pozwolić? Oczywiście! Przecież z małym dzieckiem można wszystko! I tylko czasem nasuwa się pytanie: czy warto?

Proszę mnie źle nie zrozumieć, naprawdę nie uważam, że skoro jest się rodzicem małego dziecka, pozostaje już tylko bezczynne siedzenie w domu. Trzeba wychodzić z dzieckiem, bez dziecka, spotykać się z ludźmi, podejmować się nowych aktywności. Tyle tylko, że niekiedy zwyczajnie można mieć dość.

To się nie może nie udać
Jest piękne niedzielne popołudnie, jesteśmy ze znajomymi umówieni w restauracji. Cudownie, prawda? Nie trzeba gotować, można podreperować życie towarzyskie, a dziecko ma do dyspozycji kącik zabaw. Zresztą mamy doświadczenie, od czasu do czasu pozwalamy sobie na taką weekednową przyjemność i bardzo ją sobie chwalimy.

Tym razem również zapowiadało się świetnie. W lokalu w dziecięcym kąciku zabaw pracowała animatorka, do której należało zabawianie dzieci. Nasza półtoraroczna córka chętnie dołączyła do grupy, a my mogliśmy spokojnie czekać na jedzenie mając ją na oku. I naiwnie myśleliśmy, że tak będzie przez cały czas…


W restauracji było coś jeszcze, co uznałam za wielki atut, zanim stało się naszym przekleństwem. Szeroko otwarte wyjście do ogródka, a z niego na ogromny plac zabaw. Nasza córka też uznała to za wielki plus lokalu i co chwila zaczęła wybiegać, by się pobawić. Sytuacja wyglądała tak: albo jedno z nas szło za dzieckiem na plac zabaw, albo je przynosiło: zapłakane i wyrywające się, bo przecież zjeżdżalnia jest taka fajna…
Radość jedzenia
W końcu nadeszła pora jedzenia: dla dorosłych wegetariańskie lub mięsne burgery, dla dziecka rosołek (dlaczego w restauracjach menu dziecięce to zawsze tylko rosołek, pomidorowa i kurczak?). Oczywiście rosołek córeczce nie smakował – nawet go nie tknęła. Ale przecież jesteśmy przygotowani na taką ewentualność: wyjmujemy z torby domowej roboty muffinki jaglane i częstujemy dziecko, chętnie zjada.

Tylko ile można jeść? Zwłaszcza że plac zabaw czeka? A że rodzice jeszcze nie zjedli? To drobiazg! I córeczka z niemałą determinacją okazuje, jak bardzo chce wydostać się z dziecięcego wysokiego krzesełka. Wyjmujemy ją z nadzieją, że wróci do kącika zabaw w lokalu, ale skąd! Już jest na placu zabaw. Może ze starszym dałoby się porozmawiać, wytłumaczyć, ponegocjować, ale półtoraroczniak? Ja nie umiem.

A potem nawet plac zabaw popadł w niełaskę córeczki. Wychodzenie tam ją znudziło, kącik zabaw też, siedzenie przy stole też, i na kolanach u rodziców też. Wtedy pozostało mi już tylko sięgnąć po broń ostateczną: karmienie piersią. Ufff, uspokoiła się. 20 sekund niezmąconego spokoju! Podchodzi kelnerka, pyta, czy życzymy sobie coś jeszcze, zamawiamy kawę, a mój mąż daje mi porozumiewawcze znaki, ale nie wiem o co mu chodzi. W końcu się orientuję: dziecko odessało się od piersi i z zaciekawieniem się rozgląda a ja siedzę z podniesioną bluzką i odpiętym ramiączkiem stanika. Zawsze sądziłam, że te niestworzone historie o matkach karmiących z lubością obnażających się w miejscach publicznych to bujda. Niewykluczone, że właśnie sama dostarczyłam osobom z sąsiednich stolików materiału do takich opowieści. Zażenowanie w skali od 1 do 10: jakieś 15.

Musimy to powtórzyć!
Nawet trudno mi ocenić, czy jedzenie serwowane w restauracji było dobre. Na pewno było zimne i zjedzone jakąś godzinę po tym, jak podał je kelner. A rozmowa z przyjaciółmi, z którymi się umówiliśmy? Wyglądało to tak: znajoma coś mi opowiada, ja widzę moje dziecko opuszczające teren restauracji, więc bez słowa podrywam z miejsca i biegnę za nim. Poza tym tylko ja albo mój mąż mogliśmy siedzieć przy stole, drugie z nas usiłowało nadążyć za dzieckiem. Po skończonym posiłku każde z nas pośpiesznie połknęło espresso (odetchnęłam z ulgę widząc, ze nikt nie zamawia latte, które trzeba by było długo sączyć), powiedzieliśmy sobie, że było świetnie i że niedługo to powtórzymy.

Oczywiście wszyscy kłamaliśmy: nikt z nas w najbliższym czasie nie będzie miał ochoty na powtórkę z tej wątpliwej rozrywki. Nasi znajomi pewnie utwierdzili się w przekonaniu, że ich decyzja o nie posiadania dzieci była słuszna. My z przyjemnością w najbliższą niedzielę obiad zjemy w domu.

Musimy tylko trochę odpocząć, potem znów będziemy chodzić z dzieckiem do restauracji, do kawiarni, do znajomych, przynajmniej od czasu do czasu. Potrzebujemy tego i my, i dziecko które przecież powinno poznawać jak najwięcej form spędzania czasu. Tylko błagam, nie mówicie mi, że wystarczy zabrać dziecko ze sobą i spokojnie można robić wszystko to, co robiliśmy wtedy, gdy go na świecie nie było.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE