Prawda o pokoleniu lat 90. "Mam 40 lat i przeraża mnie to co widzę. Millenialsi są złymi pracownikami i rodzicami"

rawpixel / 123RF Zdjęcie Seryjne
rawpixel / 123RF Zdjęcie Seryjne
Urodziłem się w latach 70-tych, niedawno skończyłem 40 lat. Jestem menedżerem w średniej firmie. Zacząłem pracować w latach 90-tych, niedługo po upadku komuny. Choć minęło już 20 lat, to doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki były sprawą drugorzędną, najważniejszą wartością było to, że w ogóle możemy pracować. 10 godzin dziennie, 12 godzin dziennie, 15 godzin dziennie.

Przez całe dnie, wieczorami, nocami, w weekendy, bez żadnych bezproduktywnych przerw na papierosa, na śniadanie, na lunch, na kawę, itp. Chłonęliśmy to. Sama praca, nauka, nabywane doświadczenie, to wszystko stanowiło dla mnie i dla moich rówieśników ogromną wartość. Cieszyliśmy się jak dzieci, że zajęcia, których się podejmujemy są diametralnie różne od tego, czego przez całą swoją nudną karierę zawodową doświadczali nasi rodzice. Że pracujemy jak nasi rówieśnicy na Zachodzie, że otwierają się dla nas ścieżki dla wielkich karier, we wchodzących na polski rynek wielkich globalnych korporacjach, w Unileverach i Procterach, w McDonald'sach i CocaColach, w Ernstach i Deloittach.



Minęło 20 lat
Na swojej ścieżce zawodowej coraz częściej spotykam millenialsów, czyli reprezentantów Pokolenia Y, urodzonych mniej więcej wtedy, kiedy ja zaczynałem pracować, czyli w drugiej połowie lat 80-tych albo w latach 90-tych. Spotykam ich na spotkaniach rekrutacyjnych, zatrudniam ich, potem próbuję od nich egzekwować wykonywanie obowiązków. Masakra.

Ale na temat postawy millenialsów na rynku pracy powstało już mnóstwo tekstów i pewnie niejedna praca magisterska, albo doktorska. Nie będę więc się szerzej rozpisywał o ich roszczeniowych postawach, o nielojalności, o lenistwie. O tym, jak skrupulatnie pilnują, żeby nie wysiedzieć w pracy ani minuty dłużej poza założone 8 godzin, żeby nie odebrać telefonu ani maila po godzinach pracy, żeby broń Boże nie wyjść z pracy po godzinie 17.

Jak z drugiej strony nie zapominają o egzekwowaniu swoich praw i wygłaszaniu wszechwiedzących korpoprawd (Ile można czekać na ewaluację?! Nie otrzymuję wystarczającego wsparcia od przełożonego! Nie czuję się wystarczająco doceniony! Uważam, że firma nie potrafi wykorzystać mojego potencjału! Komputer, na którym muszę pracować jest zbyt wolny! Nie podam swojego numeru na komórkę, bo to mój prywatny numer! Nikt mi nie powiedział, że mam to zrobić! Przecież wysłałem w tej sprawie maila! Ta firma jest źle zarządzana!). Jak są nieodpowiedzialni, krnąbrni, egoistyczni i niezaangażowani. Jak zapominają przyjść na rozmowę rekrutacyjną, jak umawiają sobie wizyty lekarskie / remontowe / przeprowadzkowe w godzinach pracy, jak spóźniają się do pracy bo zaspali, bo poprzedniego dnia imprezowali do rana, bo są skacowani. Jacy bywają bezczelni i aroganccy. I że w pracy to oni są od tego, żeby wymagać (od firmy i od swoich szefów), a nie firma / szefowie od nich.

Ale przecież choć millenialsi słyną z tego, że na tyle długo, na ile się da odkładają moment podejmowania poważnych życiowych decyzji, tak długo jak się da mieszkają z rodzicami i nie zakładają rodzin, to skoro mają już dziś po 20 kilka, a nawet 30 lat, to ten moment właśnie nadszedł. Dzieci, które się dziś rodzą, to właśnie dzieci millenialsów.

Spróbujmy więc sobie wyobrazić, jakimi rodzicami są i będą millenialsi. Dziadku, babciu - musicie mi pomóc. Po pierwsze millenialsi będą oczekiwać pomocy przy wychowywaniu dzieci od swoich rodziców.

Bo przecież - my millenialsi jesteśmy ludźmi bardzo zajętymi. Nie dość że mamy mnóstwo pracy, nie dość, że jesteśmy w tę pracę bardzo zaangażowani, nie dość, że mamy koszmarnych wymagających szefów, który w dodatku nie udziela nam wystarczającego wsparcia, nie dość, że nasza praca jest bardzo absorbująca, to przecież musimy się po tej pracy jakoś zrelaksować, zresetować, potrzebujemy czasu wolnego, dla siebie, potrzebujemy się spotkać ze znajomymi, pójść do kina, na imprezę.

A zatem sorry drodzy dziadkowie, musicie nam pomóc. Za waszych czasów było łatwiej, nie było internetu, nie było maili, nie było komórek, nie było smartfonów, nie musieliście być non stop online. Poza tym praca leżała wtedy na ulicy, teraz trzeba sobie wszystko samemu wyrwać, a płace są głodowe. Musicie nam millenialsom pomagać zarówno finansowo (jedzenie takie drogie, mieszkania takie drogie, samochody takie drogie, benzyna taka droga, w ogóle to życie takie drogie), jak i opiekując się wnukami (bo chyba kochacie swoje wnuki, prawda?).

Sorry, drogie dzieci, musicie być samodzielne
Po drugie - będą w stosunku do swoich dzieci krytyczni i będą od nich oczekiwać większej i szybszej samodzielności. Bo przecież ja, millenials, będąc w twoim wieku musiałem sobie radzić sam. Kiedy wreszcie nauczysz się sam chodzić / mówić / jeść / podcierać / sprzątać / pływać / jeździć na rowerze? Przecież nie będę wiecznie wszystkie za ciebie robić! Spójrz na swoich rowieśników, Basia zaczęła mówić "Mama" trzy miesiące wcześniej od ciebie. Wojtek sam przygotowuje pyszne niedzielne śniadanka dla rodziców. A ty? Wstydź się!

Nie, nie dostaniesz od nas pieniędzy na nowe autko / nową lalkę / nowe klocki. Nie, kupimy ci markowych butów, czy drogich ciuchów. Musimy oszczędzać, musimy odkładać pieniądze, również na twoją edukację.

Panie dyrektorze, to szkoła ma obowiązek wychować moje dziecko
Po trzecie - będą wymagający w stosunku do przedszkola i szkoły, do której uczęszcza ich dziecko. Myślicie, że to teraz rodzice są straszni? Że zachowują się jak roszczeniowi klienci pieniacze, którzy "płacą i wymagają"? Że wydziwiają i traktują panie wychowawczynie w przedszkolu, albo nauczycieli w szkołach z góry, jak petentów. Poczekajcie na roszczeniowych rodziców - millenialsów.

Żądam spotkania z dyrektorem
Moje dziecko jest niegrzeczne? Moje dziecko pyskuje? Moje dziecko jest aroganckie w stosunku do nauczycieli? Moje dziecko jest nimiłe dla innych dzieci? No chyba pan / pani sobie raczy żartować. Po pierwsze - moje dziecko nie jest niegrzeczne. Znam swoje dziecko proszę pani, moje dziecko Jakoś w domu moje dziecko jest zawsze bardzo grzeczne, proszę pani / pana. A przecież to w przedszkolu / w szkole moje dziecko spędza więcej czasu niż w domu. To co wy tutaj z nim wyrabiacie, że się nagle staje niegrzeczne? Nie uczy się? No przecież to wy jesteście od tego, żeby je nauczyć!

Płacę podatki, więc wymagam!
Po czwarte - będą wymagający wobec państwa. Przecież Państwo też ma swoje obowiązki w stosunku do obywateli. Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie dodatki? Gdzie zasiłki? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko?

500 zł na drugie dziecko? A dlaczego tylko na drugie? A czy pierwsze dziecko jest gorsze od drugiego? No i dlaczego tylko 500 zł? Czy ktoś kto to wymyślał wie, ile kosztuje utrzymanie dziecka???

A tak w ogóle to sami też musimy mieć coś z życia!
A najmniej będą wymagający wobec samych siebie. Ciągle słyszymy tylko o tym, jakie mamy obowiązki z tytułu bycia ojcem / matką. A przecież mamy też swoje prawa! Chcemy mieć czas wolny, tylko dla siebie i na realizację swoich własnych przyjemności. Chcemy móc sami wyjeżdżać na wakacje. Nie chcemy wydawać pieniędzy tylko na dzieci, chcemy wydawać na siebie. Nam przecież też coś się należy od życia.

Takimi właśnie rodzicami są i będą millenialsi. A my będziemy o tym wiedzieć, bo będą nas o tym bez przerwy informować na swoich facebookach i instagramach. Będą nas zasypywać selfie ze swoim dziećmi - od momentu porodu, przez karmienie, po wszelkie rodzinne imprezy. Będą nas informować o pierwszym ząbkowaniu, pierwszej kolce, pierwszym słowie "mama", pierwszym zrobionym kroku. No i o tym, jak bardzo mają z tym rodzicielstwem ciężko.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...