"Jestem detektywem, wykrywam zdrady. Dziś nikogo to nie dziwi. Wszyscy zdradzamy w ten sam sposób"

Fot. 123RF
Katarzyna Ryzner odezwała się do Małgorzaty Ohme po tekście „On ma kryzys, a żona o tym nie wie. Wyimaginowany rozpad małżeństwa dla dobra romansu". Napisała: „To prawda, że żona o romansie męża dowiaduje się zawsze ostatnia. To klasyka. Większość ludzi, którzy do mnie przychodzą, tak naprawdę nie wierzy, że są zdradzani. Coś podejrzewają, ale wierzą, że to się okaże pomyłką".



Katarzyna Ryzner od ośmiu lat prowadzi agencje detektywistyczną, która m.in zajmuje się wykrywaniem zdrad.

Katarzyna Troszczyńska: Często okazuje się, że to była jednak pomyłka?

Katarzyna Ryzner: Bardzo rzadko. W ponad 95 procentach przypadków podejrzenia o zdradę okazują się uzasadnione.

Mężczyźni zawsze opowiadają kochankom bzdury. Że odchodzą, że nie układa im się z żoną, że ze sobą nie sypiają. Znam jednego faceta, który jest szczery. I kobietom mówi wprost: nie odejdę od swojej żony, chcę romansu. Kochanka słyszy jedno, żona drugie. Czyli, że wszystko jest w porządku, a jej podejrzenia to bzdury.

Tylko kobiety chcą szpiegować swoich mężów, czy mężczyźni też są pani klientami?

Jedni i drudzy. Choć pewnie częściej przychodzą do mnie kobiety, bo prowadzę agencję kobiecą.

Może mężczyzna woli pójść do detektywa mężczyzny?

Właśnie nie. Niektórzy mężczyźni wolą poprosić o pomoc kobietę. Czują się z nią bezpieczniej. Uważają, że ona ich nie będzie oceniać, a drugi mężczyzna tak.

Szczególnie, że tak naprawdę mężczyźni bardzo długo nie widzą zdrad swoich żon, łatwiej ich oszukać. Kobieta szybciej się domyśla, dochodzi do prawdy w momencie, kiedy jest jeszcze co zbierać. Mężczyźni zwykle odkrywają zdradę wtedy, kiedy romans jest już na tak zaawansowanym etapie, że trudno jest małżeństwo uratować.

Może oni po prostu nie chcą go ratować.

Zdarzają się mądrzy mężczyźni. Miałam klienta, który mimo tego, że odkrył romans, posłuchał mnie i moich rad i uratował małżeństwo.

Co mu Pani poradziła?

Żeby przyjrzał się swojemu postępowaniu i swoim błędom. Potem powiedział: „Pani Kasiu, miała Pani rację, nie byłem bez winy".

Na czym polegała jego wina?

Mówił, na przykład, żonie, że jest gruba i źle wygląda. Całym dniami siedział w pracy, bo był zajęty ratowaniem firmy, a na żonę nie zwracał uwagi, nie słuchał jej. W dużym skrócie: zaniedbywał ją. Czyli w jakimś sensie wypchnął w ramiona kochanka.

Zawsze staje Pani w obronie kobiet?

Nie staję. Bardzo chciałabym się solidaryzować z kobietami, ale nie mogę, bo kobiety nie są wobec siebie lojalne, w ogóle. Przecież Ci mężczyźni zdradzają z kimś. Kochanki to często koleżanki moich klientek, przyjaciółki, nawet siostry. Większość ma też swoje rodziny.

Siostry?

Tak, prowadziłam taką sprawę. Okazało się, że kochanką męża mojej klientki była jej siostra. Moja klientka, kiedy się o tym dowiedziała, wyrzuciła męża z domu. A on się grzecznie spakował i poszedł do siostry.

Po co ludzie wynajmują detektywa? Potrzebują dowodu dla sądu, dla siebie?

Bardzo różnie, choć rzeczywiście większość ludzi przychodzi w trakcie rozwodu, albo tuż przed rozwodem. Na przykład miało nie być orzekania o winie, mąż się wyprowadził, zapewnia, że nikogo nie ma, nagle żona odkrywa, że tam jakaś pani Zosia się plączę.

Są też osoby dla których dowody nie mają znaczenia procesowego, natomiast mają znaczenie czysto moralne. Potrzebują ich, by kiedyś móc powiedzieć dzieciom, że to nie oni rozbili małżeństwo, że to nie ich wina. Albo chcą udowodnić teściom, że mają rację, bo teściowe w romans nie wierzą. Czasem chodzi też o to, żeby pokazać tej drugiej stronie, że nie jest się idiotą. Osoba zdradzająca zwykle robi z osoby zdradzanej wariata i furiata. Mężczyźni częściej mówią: „Jesteś wariatką!" „Jesteś chora!", ale hasło: „Ty się lecz, bo jesteś chorobliwie zazdrosny/zazdrosna" działa w obie strony.

Kobiety takie słowa biorą sobie bardziej do serca, szybciej zaczynają szukać winy w sobie – udowodnienie prawdy przynosi im ból, ale też ulgę.
W jakim stanie przychodzą do Pani ludzie? O czym mówią?

Najczęściej są w dużej rozsypce emocjonalnej. Ale często tak naprawdę nie do końca wierzą, że coś się dzieje. Niby czują, że coś jest nie tak, ale nie mają żadnego dowodu.

Czują, że coś jest nie tak, bo?

Wykrycie zdrady w dzisiejszych czasach jest proste. Pierwszą podstawą rzeczą jest telefon. Osoba, która ma romans, czy to kobieta czy mężczyzna, zaczyna pilnować telefonu, jak najcenniejszej rzeczy. Chodzi z tym telefonem nawet do łazienki, kładzie pod poduszką, zakłada ileś haseł. Jeśli nigdy wcześniej tego nie robiła to jest pierwszy sygnał, że coś jest nie tak.

Kolejna rzecz, bardzo banalna, to zmiany w wyglądzie. Mąż zaczyna uprawiać sport, zmienia garderobę, wodę toaletową. To bardzo charakterystyczne dla mężczyzn w wieku 45 plus – oni zwykle wdają się w romanse z młodszymi kobietami, bo to im daje poczucie, że jeszcze coś mogą, są młodzi. Najczęściej dla tej młodszej kochanki zaczynają o siebie bardzo dbać.

Kobiety kupują zwykle nową bieliznę, nagle zaczynają nosić inne, bardziej kobiece, buty. Niektórzy mężczyźni, którzy już podejrzewają żonę o zdradę, zaczynają obserwować ją przed „wyjściami". Jeśli ona twierdzi, że jedzie do koleżanki, a przed wyjściem depiluje nogi i bikini– to już jest to podejrzane.

Jaki metodami się to sprawdza? Dostaje Pani zlecenie i co?

Nie chcę opisywać metod swojej pracy. Uważam, że detektywi, którzy o tym mówią sami sobie psują rynek. Przyjmuje zlecenie i w zależności od jego rodzaju , podejmujemy obserwację. Ta obserwacja przebiega w różny sposób. Czasem są to godziny spędzane w samochodzie, czasem wywiad środowiskowy. Wiele zależy od tego jaki styl życia prowadzi obserwowana osoba czy pracuje w urzędzie czy ma wolny zawód, wyjeżdża czy nie, czy wiemy coś o kochance czy nie.

Trochę to wygląda jak na filmach. Ale bez przesady. Wszystko zależy od desperacji klienta, który do mnie trafia, od zasobności portfela.

Jeśli, na przykład, mieszkanie należy do osoby, która nam daje zlecenie, to ta osoba może sobie sama kupić i zainstalować kamery. Miałam taką historię. Klient zainstalował w domu kamery. Z nagrań mógł powstać niezły film pornograficzny – takie rzeczy jego żona wyprawiała z kochankiem.

Kobiety zdradzają dziś podobnie jak mężczyźni czy wciąż jest różnica?

Jest różnica. Mężczyzna częściej zdradza fizycznie, zdrada kobiety jest głębsza. Kobieta zdradza męża w każdym aspekcie życia. Chociaż znałam kiedyś kobietę, która miała romanse dla przyjemności, więc pewnie nie można generalizować.

Trudno Pani odkryć zdradę?

To zależy. Trudniej jeśli sprawa rozwodowa już się toczy, albo jest tuż przed nią. Jeśli osoba zdradzająca może dużo stracić – jest uważniejsza. Łatwo jest śledzić osobę zakochaną. To od razu widać.

Jak ludzie reagują, gdy pokazuje im Pani zdjęcia. Jedno to przecież podejrzewać, że jest się zdradzanym, drugie to zobaczyć.

Zawsze pytam moich klientów czy na pewno są gotowi na zlecenie. To tłumaczę głównie mężczyznom, bo są wzrokowcami. Mówię: „jeśli zobaczycie te zdjęcia, to już tego nigdy nie zapomnicie". Z mojego doświadczenia wynika, że o ile kobieta jest w stanie wybaczyć mężczyźnie wiele rzeczy, nawet jak coś zobaczy, to mężczyzna raczej nie bardzo.

Natomiast, gdy już widzą te zdjęcie, to reagują różnie. Często płaczą. Pamiętam, jak jeden z moich klientów dowiedział się, że dziecko nie jest jego. Był w strasznym stanie. Kupiłam nawet specjalnie dla niego alkohol i poleciłam wypić setkę , żeby łatwiej mu było to znieść.

Ale są też tacy, którzy są zadowoleni. Mówią: „Miałem/miałam rację! Super. W końcu"

Kobiety i mężczyźni reagują inaczej?

Mężczyźni starają się bardziej ukryć emocje, kobiety się rozklejają.

Ile trwa takie śledzenie?

Bardzo różnie. Czasem to kwestia kilku dni, czasem miesiąca. To zależy od tego czy osoba zdradzana okazała zdradzającej, że coś podejrzewa. Ci którzy usłyszeli od partnera: „Ja wiem, że ty mnie zdradzasz. Widziałem Cię tu i tu, wtedy i wtedy" – bardziej się pilnują.

A jeśli osoba zdradzana zachowuje zimną krew – łatwiej tę zdradę odkryć. Choć oczywiście trudno zachować zimną krew, gdy już się wie, że ktoś kłamie nam w twarz. On jedzie spotkać się w hotelu z kochanką, a opowiada o tym, w jak ważną delegację jedzie.

Co ludzie robią potem? Ten mężczyzna, który uratował małżeństwo, przyznał się żonie, że wie?

Przyznał się, ale nie powiedział, jak wiele zrobił, żeby odzyskać żonę. Doprowadził do tego, że kochanek wyleciał z pracy.

Ludzie różnie postępują. Większość jednak przyznaje się, że wynajęła agencje.

Zdarzają się dramatyczne sytuacje? Ktoś wpada do biura, rzuca się na kochanka?
Tak, oczywiście. Miałam klientkę, która wpadła do hotelu, gdzie był jej mąż z kochanką. Wyciągnęła tamtą z łóżka, zaczęła ją szarpać za włosy, bić. Pobiła tamtą kobietę bardzo dotkliwie

Sama Pani też uwodzi partnerów klientek ? To podobno popularne?

Nie. Absolutnie nie biorę takich zleceń. Po pierwsze – moim zdaniem – takiego zawodu w ogóle w Polsce nie ma. Być może gdzieś są „testerki", ale jest ich mało. I raczej określiłabym takie działanie bardziej dosadnie. Uważam, że to jest nieuczciwe i niemoralne. Owszem, można by w ogóle rozmawiać czy praca detektywa jest moralna. Ale w momencie, kiedy dajemy komuś wszystkie informacje o naszym partnerze – co lubi, co go pociąga – to naprawdę trudno się dziwić, że ulegnie. Jesteśmy tylko ludźmi, na różnych etapach życia, w różnych sytuacjach.

Kiedy mówi Pani: „Jestem detektywem, wykrywam zdrady" ludzie nie patrzą na panią dziwnie?

Osiem lat temu, gdy zakładałam agencję – patrzyli. Dziś nikogo to nie dziwi. W jakimś sensie wszyscy się non stop podglądamy. Zwykłym smartfonem robimy zdjęcie o doskonałej rozdzielczości, każdy z nas bez problemu może włączyć nagrywanie i kogoś podsłuchać.

Ale nie każdy zarabia pieniądze na śledzeniu innych…

Nie każdy. Ale ja czuję, że pomagam. Jeśli do mnie załamana kobieta, która ma intuicję, że źle się dzieje w jej małżeństwie. Ale słyszy, że jest głupia, ma się leczyć, to jeśli dostarczam jej dowodu – pomagam. Moje klientki są początkowo załamane, ale potem dochodzą do siebie.

Skąd właściwie taki pomysł? Jest pani policjantką z wykształcenia?

Nie, jestem polonistką.. Ale lubię ludzi, lubię z nimi przebywać. Gdy zaczynałam, nie było kobiecych agencji, pomyślałam, że jest nisza na rynku, a ja mogę coś ze swojej strony zaoferować.

Nie męczą Pani te historie?

Może nie tyle męczą, co wypalają. To jest zawód, który – jeśli się podchodzi do niego profesjonalnie – wypala.

Moich klientów najczęściej bardzo lubię, z większością z nich pozostaje w kontakcie.
Ale przez te wszystkie lata pracy zrozumiałam, że wszystkie historie są podobne. Że wszyscy mamy podobne życia. Klienci przychodzą i mówią: „ Wie Pani, bo mój przypadek, moja historia jest taka wyjątkowa. Mąż, żona tacy cwani". A ja wiem, że to nieprawda. Wszyscy zdradzamy w ten sam sposób, czy jesteśmy właścicielami firm czy szeregowymi pracownikami, tak samo kombinujemy, stosujemy takie same triki i dokładnie tak samo jesteśmy łapani.
Trwa ładowanie komentarzy...