Marta Iwanowska-Polkowska
Marta Iwanowska-Polkowska arch. prywatne

Znasz to uczucie, gdy masz już wszystkiego dosyć, a najbardziej – swojego dziecka? Nie martw się, nie jesteś "nienormalna", to tylko wypalenie rodzicielskie. O tym, skąd się bierze, jak do niego nie dopuścić, a jeśli już się pojawi – jak sobie z nim poradzić, rozmawiamy z psycholożką Martą Iwanowską-Polkowską.

REKLAMA

Natalia Hołownia: Czy “wypalenie rodzicielskie” faktycznie istnieje?

Marta Iwanowska-Polkowska: Wszyscy na pewno słyszeliśmy o wypaleniu zawodowym. Tymczasem wypalenie może dotyczyć różnych ról, które pełnimy, w które się angażujemy i w których istnieje skupienie na drugim człowieku. Tak więc, owszem, istnieje zjawisko zwane wypaleniem rodzicielskim. A nawet, mówiąc ogólniej, jest to tzw. wypalenie opiekuńcze, bo wiąże się z pracą opiekuńczą. Jeżeli na przykład dziadkowie pełnią taką rolę, to mogą doświadczać podobnego wypalenia.

Czym wobec tego charakteryzuje się wypalenie rodzicielskie?

Pierwszy objaw to wycieńczenie emocjonalne - osoba, która pełni rolę opiekuna, czuje zmęczenie emocjonalne, którego nie da się zniwelować tradycyjnymi metodami odpoczynku. Pojawia się rozdrażnienie, niekontrolowane wybuchy złości (często nadmiarowej), nieadekwatny, przytłaczający smutek czy dojmujące poczucie, że na poziomieemocjonalnym nie jestem w stanie dać więcej.

Jest taka piosenka zespołu Nocny SuperSAM, którą puszczam na moich warsztatach. Mówi o naszych granicach, padają tam takie słowa: nie dam, bo nie mam. Wypalenie jest właśnie o tym. Że nie możemy już więcej dać, bo nie mamy już zasobów, zapasów empatii, baterii pełnych mocy i energii. Wypalenie jest też o wycieńczeniu emocjonalnym – o poczuciu, że na poziomie emocji nie jesteśmy w stanie więcej zaoferować temu zależnemu od nas, często małemu człowiekowi, którego przecież bardzo kochamy.

A inne charakterystyczne elementy?

Drugi z nich to dystansowanie się wobec dziecka. W biznesie, gdy mówimy o wypaleniu zawodowym, to mówimy o depersonalizacji, czyli podejściu pełnym cynizmu, chłodu, dystansu wobec drugiego człowieka. W wypaleniu rodzicielskim to również występuje, ale jako depersonalizacja osoby, którą się zajmujemy. Czyli nie dość, że dystansuję się wobec dziecka, to przestaję też widzieć, uznawać, “zaopiekowywać” jego potrzeby, chociaż wiem, że one są i „muszę” się nimi zająć. Ale pojawia się też optyka: „już mam to gdzieś”, „już nie mam na to sił”, „czego znowu chce?”, „niech się samo sobą zajmie!”. Tu mamy do czynienia z ograniczonym dostępem do empatii. Przestajemy widzieć w dziecku jego potrzeby, rozumieć, że jest po prostu dzieckiem. A to może bardzo źle wpłynąć nanaszą relację. Otóż dzieci z natury biorą takie rzeczy do siebie - bo tak już mają, że gdy coś się dzieje nie tak w ich najbliższym otoczeniu, w systemie rodzinnym, to się za to obwiniają.

Moment zawirowania w relacji rodzic-dziecko i oddalenia się rodzica, który wcześniej był blisko, a teraz już nie jest dostępny, czy to fizycznie, czy emocjonalnie, to może być sytuacja traumatyzująca dla dziecka. Dlatego trzeba na to reagować. Bo w przypadku relacji rodzic-dziecko mówimy o systemie rodzinnym, który może zostać trwale uszkodzony.

Natomiast trzecia rzecz, charakterystyczna dla osób w wypaleniu rodzicielskim, to utratapoczucia skuteczności, sprawczości. Osoba w wypalaniu, ma poczucie utraty wpływu na to, na co dotychczas miała - czyli wykonywanie obowiązków rodzinnych czy rodzicielskich zaczyna być dla niej bardzo trudne, w jej wyobrażeniu wymaga znacznie większego wysiłku, niż ten wysiłek jest rzeczywiście konieczny. Dodatkowo, pojawia się poczucie, że niezależnie, co robię, to nie przynosi to efektu. „To wszystko jest bez sensu, bo sprzątam i znowu jest bałagan, bo mówię do niego, a on i tak robi swoje.”

Jak odróżnić wypalenie rodzicielskie od depresji?

Depresja jest uważana za stan bardziej uogólniony, który wpływa na wszystkie obszary życia. Jeżeli mamy wypalenie rodzicielskie, to rodzic może być wypalony w relacji z dziećmi, ale nadal błyszczeć w sytuacji zawodowej albo w innych relacjach. Depresja ma to do siebie, że rozlewa się na wszystkie obszary. Ta niechęć jest całościowa.

Natomiast może być też tak, że wypalenie rodzicielskie - niezaopiekowane, niewsparte psychoterapeutycznie i systemowo - doprowadzi do depresji. Bo ten poziom utraty skuteczności, beznadziei i wyczerpania będzie narastał. Ale tak naprawdę różnice między wypaleniem a depresją są bardzo subtelne. Dla przypomnienia, podstawowe objawy depresji to tzw. triada depresyjna - czyli trwale obniżony nastrój (smutek), anhedonia (brak odczuwania radości) i spadek energii. Plus spadek koncentracji, problemy ze snem, apetytem, poczucie winy, obniżone poczucie własnej wartości, a z czasem utrata poczucia sensu. Tylko profesjonalna diagnoza ustali, z czym mamy do czynienia. Dlatego, jeżeli obserwujemy u siebie zmianę nastroju, zmianę zachowania powinniśmy skontaktować się z specjalistą – psychiatrą lub psychologiem.

Co powinno stanowić sygnał alarmowy dla rodzica?

Jeżeli rodzic staje się bardziej drażliwy, a dziecko zaczyna go wkurzać bardziej niż zwykle, to mamy pierwszy znak, że coś się dzieje. Oczywiście, dzieci potrafią wkurzać, ale jeśli widzimy w nim już tylko to “wkurzenie”, to coś może być na rzeczy. Jeśli nie dostrzegamy zasobów naszego dziecka, nie zachwycamy się nim, a rodzicielstwo kojarzy się już głównie z codziennym znojem. Jeśli codzienne wyzwania związane z rodzicielstwem zaczynają rosnąć w naszej głowie do ogromnych rozmiarów i wszystko wydaje sie nam trudne, skomplikowane, nieprzyjazne. Do tego, gdy zaczynamy widzieć brak poczucia wpływu, czyli że nie jesteśmy w stanie cieszyć się z małych rzeczy, które dzieją się w domu.

Depersonalizujemy dziecko, czyli odczuwamy wobec niego irytację, zaczynamy je traktować automatycznie, przedmiotowo, brakuje ciepła między nami. Jeśli myślimy o nim jak o „potworze, koszmarze, kimś, kto nam zagraża”. Jeżeli nie mam wobec dziecka cierpliwości, nie chcemy się z nim bawić czy pomagać mu w lekcjach. A gdy nas woła, myślimy sobie: czego ono znowu chce? To wszystko może się rodzicom zdarzać od czasu do czasu, bo jesteśmy tylko ludźmi. Ale jeśli ten stan utrzymuje się tygodniami, jeśli dynamika emocji się nie zmienia, a wręcz pogarsza - powinno nas to zaniepokoić. Bo z punktu widzenia psychologii, wszystkie emocje są ok. Problem zaczyna się wtedy, gdy jjakiejś jednej emocji utkniemy i ona zaczyna determinować nasze zachowanie, wpływać na nas i nasze relacje. Sumując, jeżeli jest w nas dużo smutku, rozgoryczenia, żalu, poczucia winy, poczucia wstydu i przede wszystkim - złości, jeśli jesteśmy rozdrażnieni, mamy “krótki lont” - to zmobilizować do szukania pomocy. Zwłaszcza, jeśli taki stan utrzymuje się dłużej niż dwa tygodnie.

Rodzicowi może być trudno przyznać się do takich emocji - nawet przed sobą.

Tak, bo często wstydzimy się tego, co czujemy. Widzę to w mojej codziennej pracy terapeutycznej, zarówno indywidualnej, jak i warsztatowej. Ilekroć osobie, z którą pracuję, normalizuję takie emocje, jak złość, smutek, strach, czy poczucie winy, mówiąc: tak, słyszałam to nieraz albo ludzki umysł tak ma, że „produkuje takie myśli” czy ja też tam byłam - to natychmiast wyciągam ją z poczucia osamotnienia i zdejmuję z niej wstyd. Najwięcej pracuję z kobietami, a one, w chwili, gdy ten wstyd opada, czują ulgę. Jezus Maria, czyli nie tylko ja! - mówią. - Czyli nie zwariowałam. Bo jak wpadamy w wypalenie rodzicielskie i zaczynamy myśleć o naszym dziecku jak o „małym potworku”, to bardzo szybko włącza nam się myślenie: jestem złą matką. A wtedy czujemy wstyd.

Tu wyjaśnię, że wstyd to lęk przed odrzuceniem. Dodatkowo, wstyd karmi się milczeniem. Bo co sobie o mnie pomyśli przyjaciółka, mama, teściowa. Więc zamykamy się jeszcze bardziej, a wstyd nas „zjada” od środka. Przejmuje kontrolę, jeszcze bardziej izoluje od bliskich, których bardzo w tej sytuacji potrzebujemy! Bo jednym ze sposobów radzenia sobie z wypaleniem rodzicielskim, jest wyznać bliskiej osobie, co przechodzimy. Odsłonić się i otrzymać uwagę, życzliwość, wsparcie. Naprawdę, żeby poradzić sobie z cierpieniem, któremu towarzyszy wypalenie, potrzeba otwartości i bliskości.

Tymczasem o tę bliskość coraz trudniej.

Niestety. Z jednej strony, często żyjemy daleko od naszych rodzin, a relacje się poluźniają. Młode mamy często nie mają przy sobie tzw. wioski. Z drugiej, pędzimy, nie mamy czasu spotykać się osobiście i rozmawiać głęboko. Z trzeciej w końcu, brakuje nam śmiałości w mówieniu o tym, jak się czujemy.

Dodatkowo, odczuwamy presję bycia lepszymi rodzicami, niż nasi rodzice. Ta presja często powoduje, że milczymy o swoim zmęczeniu i wypaleniu. Warto zaznaczyć, że jako współcześni rodzice - obecni, zaangażowani, uważni - jesteśmy głęboko osadzeni w narracji “rodzicielstwa bliskościowego” czy “porozumienia bez przemocy”. A są badania, które wskazują, że zarówno wychowanie bliskościowe czy w duchu NVC angażuje 10 razy więcej uwagi i energii. Dlatego jesteśmy wykończeni - po prostu bardzo dużo energii, uwagi i zaangażowania przypada na to nasze rodzicielstwo, wobec którego narosło mnóstwo presji i perfekcjonistycznych oczekiwań. A, na koniec dnia, zostajemy z tą presją, nadmiarowym zaangażowaniem, trudnymi emocjami, zupełnie sami.

Czy wypalenie rodzicielskie dotyczy wyłącznie rodziców małych dzieci?

Wiek dziecka nie odgrywa tu roli. Wypalanie bierze się często z tego, że mamy poczucie, iż stoją przed nami wyzwania, którym nie jesteśmy w stanie podołać, bo nie mamy zasobów, albo te zasoby się dramatycznie kurczą i jesteśmy w tym wszystkim osamotnieni.

To może dotyczyć sytuacji, kiedy dzieci są starsze, ale na przykład zmieniło się coś w układzie rodzinnym. Powiedzmy, matka jest po rozstaniu z partnerem, ojciec po rozstaniu z partnerką, i nagle się okazuje, że muszą więcej robić samodzielnie przy dziecku i z dzieckiem. Albo gdy następuje wyzwanie zdrowotne, szkolne, czy adaptacyjne.

Tak więc to może się pojawić na różnych etapach i dotyczyć obydwu płci. Natomiast kobiety są bardziej narażone, ponieważ nadal to my głównie sprawujemy pracę opiekuńczą, a także jesteśmy bardziej podatne na różne emocje związane z dziećmi. Tak więc, siłą rzeczy, z wypalaniem rodzicielskim częściej będą się zmagać kobiety.

Czy i ewentualnie jak leczy się wypalenie rodzicielskie?

Bywa, że osoba dotknięta wypaleniem rodzicielskim konsultuje się z psychiatrą i otrzymuje wsparcie farmakologiczne. Sama taką konsultację sugeruję. Tym bardziej, jak zaczynają pojawiać się stany lękowe, myśli katastroficzne. Albo jeśli występują ataki paniki, w sytuacjach, które były wcześniej dla nas naturalne, np. gdy matka musi zostać na weekend sama z dziećmi. To są rzeczy, które warto skonsultować z psychiatrą, bo podanie leku antydepresyjnego, przeciwlękowego lub sprzężonego w tych obszarach będzie pomocne.

Osobiście uważam, że kluczowa jest psychoterapia, czy też trening psychologiczny, który wesprze nas w dystansowaniu się do emocji dziecka, podczas którego nauczymy się regulować emocje własne i naszego dziecka. Być może popracujemy też trochę z przekonaniami na temat tego, jakimi matkami czy ojcami powinnyśmy być, albo jaki powinien być nasz dom.

Często pracuje się też nad takim obszarem, jak nagrody. Mamy bowiem obniżone poczucie skuteczności i wrażenie, że jesteśmy tylko karani (obojętnością, krytyką, coraz większymi oczekiwaniami), czujemy , że nie doświadczamy tak zwanych nagród. Nie chodzi o nagrody materialne, tylko o zauważeniu i docenieniu ze strony bliskich. O zwykłym dziękuję. Możemy potrzebować docenienia za to, ile wkładamy w rodzicielstwo - zwłaszcza, jeśli wkładamy dużo. Mam tpacjentkę, która mówi, że jak coś ugotuje, to prosi rodzinę o pochwałę. Pomóżcie mi się nacieszyć tym, jak dobrze mi wyszło - mówi. Czyli dopomina się komplementów, dosłownie, ale też nauczyła się sama z tego cieszyć, sama siebie doceniać. To jest działanie z jednej strony profilaktyczne względem wypalenia, ale też leczące.

Ale chcę powiedzieć coś jeszcze: nie wyjdziemy z wypalania sami. I myślę tu nie tylko o wsparciu najbliższych, ale i o wsparciu profesjonalnym.

Sumując, warto zwrócić się o profesjonalną pomoc.

Farmakologia poprawia biochemię mózgu - pewne zmiany stają się łatwiejsze, człowiek zaczyna funkcjonować z wyższą energią, jest mniej drażliwy, emocje są spłaszczone. Ale żeby całkowicie poradzić sobie z wypaleniem rodzicielskim, trzeba opracować nowe mechanizmy reagowania na poziomie emocjonalnym i zbudować nowy zestaw przekonań o sobie, rodzicielstwie, relacjach i prowadzeniu domu.

Wypalenie to często cena za perfekcjonizm. Nie pójdziemy dalej, jeżeli nie obniżymy standardów. Czyli z perfekcjonizmu trzeba przejść do realizmu i większej akceptacji tego, kim jestem, jak reaguję, jakie mam zasoby i możliwości. Na przykład narzucanie sobie, że „będę matką, która nie podniesie głosu na dziecko” - to niebezpieczne, ograniczające przekonanie. Zdrowsze i bardziej realistyczne jest stwierdzenie: nie chcę podnosić głosu na swoje dziecko, ale czasem to zrobię, bo jestem tylko człowiekiem. I jeżeli to się stanie, to przeproszę moje dziecko i porozmawiam z nim. Po drugie, poproszę o pomoc partnera, bo być może mój podniesiony ton oznacza, że jestem już bardzo zmęczona.

W terapii ACT (Terapii Akceptacji i Zaangażowania), której się uczę i w której praktykuję, jest powiedzenie, że „sklejamy się ze swoimi myślami”, a te myśli usztywniają nasze zachowania, przysłaniają nam świat. Jeżeli więc skleję się z myślą, że nie mogę krzyknąć na dziecko, to może się to skończyć nieludzkim tłumieniem i unikaniem emocji. A emocje potrzebują ujścia. Więc możemy je tłumić, do czasu, aż nie wytrzymamy napięcia i wybuchniemy na siebie, na kogoś albo na dziecko.

Nie twierdzę oczywiście, że mamy krzyczeć na dzieci. Ale rekomenduję, że jeśli masz ochotę krzyczeć, to idź do toalety i krzycz. Albo płacz przyjaciółce do telefonu. Wyraź te emocje w sposób bezpieczny - dla siebie i dziecka. Ale przede wszystkim pomyśl, co ten krzyk chce ci powiedzieć. A jeśli już się zdarzy, że krzykniesz na dziecko, bo np. wybiegło na ulicę, uderzyło brata albo szturchnęło ciebie - to pamiętaj, że krzyczysz, bo instynkt przetrwania bierze górę. Podsumowując, wszelkie nie, nigdy, nie wypada, nie wolno budują przekonania, które mogą nas wpakować w wypalenie. Dlatego warto dać sobie prawo do niedoskonałości.

Czy w swojej praktyce spotkałaś osobę, która doświadczyła wypalenia rodzicielskiego, a potem znów czerpała radość z bycia matką lub ojcem?

Mam przed oczami mężczyznę, którego wysłała do mnie żona. Stwierdziła, że jeżeli on czegoś nie zmieni, to ona chyba wystawi mu walizki za drzwi. Ten tata miał bardzo skrócony lont. Nie stosował przemocy fizycznej, ale strasznie się denerwował na swoje dzieci, dochodziło do emocjonalnych kłótni i sporów. On tkwił w przekonaniu, że coś jest nie tak z nimi jako rodziną - że dzieci zawodzą, nie spełniają jego oczekiwań, nie słuchają się, a przez to i on nie spełnia oczekiwań.

Tym, co pomogło zmienić tę narrację i wyregulować rodzinę, było życzliwsze podejście do dzieci - że one „tak mają”, że popełniają błędy, że radzą sobie raz lepiej, raz gorzej, oraz życzliwość wobec samego siebie. Wielu ojców zmaga się z podobnymi trudnościami – chcą być blisko dzieci, ale nie potrafią tej bliskości okazać. Chcą budować autorytet w oczach dzieci, a potrafią na nie tylko krzyczeć, odczuwając później ogromne poczucie winy i zagubienie w tej ważnej roli, jaką jest bycie tatą.

Profesor Bogdan de Barbaro powiedział, że ilekroć mężczyzna decyduje się zaangażować w aktywną opiekę nad dzieckiem - karmienie, usypianie, zmienianie pieluch - to najprawdopodobniej słyszy wściekły chór przodków, którzy nie rozumieją tej zmiany. A to, oczywiście, nie pomaga.

Wracając do wspomnianego ojca - ta rodzina jest nadal razem, on jest spełnionym tatą i ma naprawdę dobre relacje ze swoimi dziećmi.

Czy wypalenie rodzicielskie może sygnalizować, że między partnerami jest nierówny podział obowiązków?

Niestety tak. Nie zawsze po “uleczeniu” wypalenia następuje scalenie rodziny. Bywa, że tym, czego ona potrzebuje, jest rozpad. Bo matka czy ojciec jest wypalony ze względu na dysfunkcyjne zachowania partnera. Pamiętajmy - związek się zmienia, gdy pojawiają się dzieci. Możemy odczuwać brak sprawiedliwości w podziale obowiązków albo w dostępie do przyjemności. Na przykład jeden partner ma więcej czasu dla siebie niż drugi.

Wychodząc z wypalenia, możemy potrzebować ten podział obowiązków i przydział przyjemności zredefiniować. Wtedy warto jest porozmawiać z partnerem i na przykład rozpisać: co jest OK, a co nie jest? Ustalić, czego potrzebujemy, by czuć że nowy układ sił będzie korzystny dla jednostki, która wychodzi z wypalenia. Komunikowanie swoich potrzeb w związku, jak i w rodzicielstwie, jest kluczowe.

Niestety, bywa i tak, że nasza druga połówka nie chce rozmawiać, a wtedy rozpad związku może być nieunikniony. Znam matki, które po rozstaniu z partnerem są mniej wypalone. Tłumaczą, że teraz przynajmniej mają jasność, na kogo mogą liczyć (czyli na siebie). Tym samym,odczuwają mniej rozczarowania i żalu, bo sytuacja jest w końcu klarowna.

Jak możemy najskuteczniej bronić się przed wypaleniem rodzicielskim?

Tym, co bardzo mu sprzyja, jest na pewno osamotnienie. Wiadomo, że gdy pojawia się dziecko, to nasze kontakty społeczne się zmieniają. Warto jednak próbować je utrzymać, w jakiejkolwiek formie. Przyjmujmy też pomoc - jesteśmy dobrymi matkami, nawet jeśli od czasu do czasu ktoś nas wesprze. Trzeba też dbać o potrzeby podstawowe, jak np. sen. Gdy dziecko w końcu zasypia, to my też idźmy spać, a nie zaraz do sprzątania, prania czy gotowania.

Tym, co potęguje wypalenie rodzicielskie, jest też perfekcjonizm. Winię media społecznościowe. Tu mnóstwo jest obrazków idealnego rodzicielstwa - piękne domy, piękne dzieci, piękni rodzice. Tak nie wygląda życie i te perfekcjonistyczne wyobrażenia warto przepracować.

Na koniec rzecz kluczowa: jasny podział obowiązków rodzicielskich. O tym trzeba rozmawiać od razu, gdy pojawi się ciąża, a nawet jeszcze przed nią. Musi być jasno ustalone, od czego jestem ja, od czego jesteś ty, jak komunikujemy swoje potrzeby, jak wymieniamy się obowiązkami oraz jak się wspieramy, jak się regenerujemy. Niestety, często rodziny wpadają w taki schemat, że mamy są od obowiązków, a ojcowie od przyjemności - to oni zabierają dzieci na rower, na plac zabaw, do parku. Bardzo bym chciała, by mamy też były od przyjemności, żeby ich domeną nie był tylko codzienny znój.

Nie zapominajmy też o poczuciu humoru, bo nic lepiej niż dystans nie ratuje rodziny w naprawdę wszelkich sytuacjach. Śmiech rozładowuje napięcie, przez co wspiera odporność psychiczną, dlatego uważam, że jest bezcenny - zwłaszcza dla rodziców.

Marta Iwanowska-Polkowska: psycholożka, autorka książek, w tym Nażyćsię. Jak zacząć nażywać się od dziś, pamiętać o tym jutro i już nigdy o sobie nie zapomnieć, towarzyska kobieta. Więcej: manufakturarozwoju.pl