O autorze
Prezenterka radiowa w białostockim Radiu Akadera, żona, mama, właścicielka Białego Owczarka Szwajcarskiego. Wierzy, że życie jest proste, a jeśli pojawia się pytanie, to musi pojawić się odpowiedź. Z wykształcenia pedagog i pośrednik obrocie nieruchomościami.

Ja katar znoszę dobrze, a ty rób co chesz. Czyli jak przegramy walkę z zombie.

Kolejny raz temat na topie. Zakatarzone dzieci w przedszkolach. Puszczać z katarem czy nie puszczać?


Przeczytałam dziś wpis pewnej blogerki o tym, że warto puszczać zakatarzone dzieci przedszkola. Powołuje się ona na praktyki innych krajów, że dzieci są zdrowsze, gdy się hartują. I zgoda. Niech się hartują.
Ale nie kosztem mojego dziecka.


Dlaczego nie?
Ponieważ każdy ma prawo hartować dziecko zgodnie ze swoimi i swojego dziecka potrzebami. Tak, dokładnie tak. I to z poszanowaniem praw drugiego człowieka. Ja mam prawo przyprowadzać dziecko do przedszkola, bo na to umowę podpisuję. Nie do przechowalni, nie do szpitala, nie do hartowni.
Będę chciała hartować, to sobie gluty znajdę, serio.

Z katarem można żyć. A próbowałaś z zapaleniem ucha?

Matki rozpisują się w kometarzach, że na całym świecie dzieci chodzą zakatarzone i żyją. Cieszę się, że katar u nich to tylko katar. Gorzej jest, kiedy przechodzony katar spływa na oskrzela, wisi na gardle i powoduje wymioty. Gorzej, kiedy zaczyna się zapalenie ucha.
Chorowało wasze dziecko na uszy? Nie? Nie polecam.


Odporność, podnieś odporność!
"Mądre matki" doradzają, że trzeba podnieśc odporność. Moje kochane koleżanki - matki. A może to Wy podnieście odporność swoich dzieci i nie przynoście wirusów do przedszkola? Wyleczcie swoje pociechy w 2-3 dni, kiedy wirus się roznosi i wtedy przyprowadźcie dzieci do placówki? Wtedy mogą być z katarem. Bardzo Was o to proszę. Bo nawet jeśli dziecko nie łapie każdego wirusa, ale powiedzmy, co 20-tego, to zostawmy go w domu, żeby nie roznosił go dalej. To po pierwsze. Po drugie, lepiej leczyć katar niż ryzykować powikłania...

A w sprawie odporności - nie chcę się z nikim licytować, nie chcę dowodzić słuszność i niesłuszności wychodzenia do ludzi, na podwórko i do lasu w przypadku posiadania kataru. I nie chcę dowodzić, że jestem normalna matką, która nie ubiera we wrześniu dziecko w kurtkę zimową i ciepły szalik, bo zawiał wiaterek. Moje dziecko je warzywa, chodzi na spacery, latem biega na bosaka i pije wodę z jeziora. Poważnie. Ale czasem łapie wirusa i potrzebuje czasu, by się z nim uporać. To wszystko.


Jeteśmy ważniejsi. Bo... tak.
Inny argument powalający mnie na kolana: nasze dzieci sobie radzą, tylko twoje ma problem. To, że tobie przeszkadzaja powikłania, to nie znaczy, że moje dziecko nie może chodzić obok i go zarażać. To WASZE powikłania.

Uwielbiam znieczulicę. To piękny temat do dyskusji o człowieczeństwie. Powiecie, że przecież rozmawiamy TYLKO o katarze. A ja mówię, że rozmawiamy o sposobie myślenia.
Można się z tego śmiać, ale mi nie jest do śmiechu.

Jedna matka zapytała mnie, czy jeśli 29-cioro dzieci musi siedzieć w domu z byle katarkiem, bo moje ma słabą odporność? Nie, nie musi z byle katarkiem. Musi z wirusem.
Dla łatwiejszego pojęcia problemu durne porównanie:
1. 29-cioro dzieci ma katar, ale jakoś z nim żyje, jedno ma powiklania i zawsze źle znosi = ok.
2. 29-cioro dzieci bije się notorycznie, ma siniaki, ale jakoś sobie radzi, jedno ma połamane kończyny, bo ma łamliwe kości = ok?

Czy to 'słabsze' dziecko ma po prostu siedzieć w domu całe życie?Aż mu wstawią tytanowe kości? Nie lepiej uszanować się wzajemnie i postarać się zakończyć łańcuch rozprzestrzeniania się wirusów/zaprzestać bicia się? Takie proste i skuteczne. Zresztą, jakby pierwsze dziecko z "byle katarkiem" zostało w domu na 3 dni, reszta byłaby zdrowa.

Jeteśmy nieomylni, bo jest nas dużo.
Moi drodzy, naprawdę nie trafiają do mnie argumenty pt. bo inni... bo większość. Większość to masa pojedynczych osób. Każdy jest inny i każdy z osobna może się mylić.
Nie proście mnie o zgodę na zarażanie mojego dziecka wirusami wszelkimi, bo jest was więcej. Na litość...

Bo jak przyjdzie zombie....
Tak już na koniec. Problem troche typu "fantastyczne bzdury" ale ja wierzę, że jeśli czlowiek coś wymyślił, to kiedyś to zrobi. Tak jak zrobił, kiedyś nie do pomyślenia, telefony komórkowe czy statki kosmiczne.
Wszyscy wiemy z książek i filmów, że taki "wirus zombie" będzie rosprzestrzeniać się najłatwiejszą i najskuteczniejszą drogą - drogą kropelkową. A my puścimy nasze dzieci do przedszkola...tzn. WY puścicie. Ja nie.

No dobrze, to tak żartem. Lubię sobie czasem poważnie pomyśleć o niby banalnych sprawach jak o sprawach życia i śmierci.

To hartuje przed strachem (i głupotą?).
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...