Znacie to prawda? Najpierw choruje dziecko. Właściwie nawet nie choruje, ma katar. Po katarze zaczyna się zapalenie gardła, ucha i cała reszta. Kiedy wydaje się już, że wszystko idzie ku dobremu, bo dziecko ma się coraz lepiej, ty zaczynasz czuć się gorzej...

REKLAMA
Ale, ale! Mama nie choruje przecież!
Bierzesz "wzmacniacz nr 1", "witaminę nr 2", zagryzasz czosnkiem i jakoś z tego wychodzisz. Uff!
Dziecko idzie do przedszkola, ty wracasz do codziennych obowiązków.
Następnego dnia rano nie wierzysz własnym oczom. Mąż jakby oczy ma spuchnięte, ciąga nosem i wygląda niewyraźnie... No ale, mąż to nie dzieciak, sam sobie w domu poradzi. W najgorszym wypadku można go podratować jakimś rosołem czy innym kotletem. Dom co prawda przesiąka zapachem trawionego czosnku, ale to nic, życie toczy się dalej.
Drugiego dnia po powrocie do normalnego trybu życia, pani przedszkolanka melduje ci, że dziecko słabo dziś się czuło... no i ten kaszel... generlanie nie wygląda to najlepiej. Wracacie do domu. Mąż chce się izolować (bo to na pewno on zaraża), a synowi gorączka skacze do 39. stopni. Trudno, dajesz maluchowi jakieś tam specyfiki, rano lądujecie u lekarza. Kuracja zaczyna się od nowa.
Wzdychasz i tłumaczysz sobie, że jak trzeba to trzeba. Kupujecie w drodze powrotnej nową zabawkę, jakąś kolorową gazetkę, farby i plastelinę...coś przecież w domu robić trzeba.
Tak mija kolejny tydzień.
W końcu dziecko odzyskuje zdrowie,mąż jakby też ma się nieźle, życie wraca do normy. Hurra!
W euforii, że tacy wszyscy zdrowi, no i pogoda TAKA piękna akurat, wychodzicie całą rodziną na niedzielny spacer do lasu. Z psem oczywiście.
Pies wraca z krwawiącą łapą. W lesie było szkło.
- Co, znowu przedszkole? - zagaduje serdecznie farmaceutka, kiedy ze zrezygnowaną miną wchodzisz do apteki.
- Nie - odpowiadasz - tym razem leśne dziady.
Farmaceutka milknie i wydaje opatrunki. Płacisz bez słowa, wychodzisz. Wracasz do swojego domowego szpitala i próbujesz zapomnieć o normalnym życiu.
Łapa goi się kilka dni. W końcu pies przestaje kuleć. Teraz wszyscy są jakby...zdrowi?
Zaczynasz się bać.

P.S. Pozdrawiam leśnych dziadów, żuli, nieodpowiedzialną młodzież i wyjątkowo mam nadzieję, że kiedyś tyłkiem siądą w to, co wcześniej zostawili.