Co jakiś czas w internecie pojawiają się różne teksty i obrazki przypominające nam o tym, jakie to my - dzisiejsi rodzice - mieliśmy cudne dzieciństwo. My mieliśmy place zabaw pełne dzieci, rodziców wracających do domu na obiad, nie było (obowiązkowych) dodatkowych zajęć pozalekcyjnych, sami chodziliśmy do szkoły i nad rzekę. Przyznam, jest w tym trochę racji, ale sprawa nie jest taka prosta.
REKLAMA
Nikt nie wspomina o tym, że rodzice wcale się z nami nie bawili, bo wracali zharowani, reperowali samochód i sprzatali w domu albo jechali na działkę/szli do ogrodu podlać warzywa, a my razem z nimi, ewentualnie zostawaliśmy u sąsiadki albo siedzieliśmy na podwórku, bo nic innego nie przychodziło nam do głowy, a nasi koledzy... no cóż, teraz już się z nimi nie przyjaźnimy. I nie dlatego, że nie mamy czasu. Raczej dlatego, że nie odpowiada nam towarzystwo ludzi, którzy dalej siedzą pod blokiem, tylko teraz popijając tanie trunki alkoholowe.
Siedzenie pod blokiem ma swoje słabe strony.
Siedzenie pod blokiem ma swoje słabe strony.
Dlaczego jednak wspominamy nasze czasy z rozrzewnieniem? Czy tylko nasze dzieciństwo było idealne, a nasze dzieci nie mają na to szansy?
W moim idealnym dzieciństwie nie chodziło o to, że wisieliśmy na trzepakach cały dzień. Bo ja nie wisiałam. Ja zawsze miałam zajęcia popołudniowe. I jestem z tego dumna. A jednak dzieciństwo miałam wspaniałe.
Moje bez-troskie dzieciństwo polegało przede wszystkim na tym, że po pierwsze, nie martwiłam się, czy będzie obiad ani czy będę miała gdzie spać; po drugie, rodzice, kiedy już mieli czas wolny, spędzali go z nami, czyli ze swoimi dziećmi, zabierali nas na każdą imprezę, dzięki czemu zawsze czułam się częścią mojego 'stada' poszerzonego o wszystkich przyjaciół i znajomych; a po trzecie, zawsze byłam traktowana serio i nikt nie chciał mnie ulepszać. Pozostałe troski to efekt uboczny życia. Były, są i będą zawsze. Jak powiada mój mąż - problemy są skalowalne. Dla trzylatka tak samo bolesne jest przestawienie zaparkowanych pod ścianą samochodzików jak dla nas brak miejsca na parkingu pod pracą. Problemy są zawsze.
Moje bez-troskie dzieciństwo polegało przede wszystkim na tym, że po pierwsze, nie martwiłam się, czy będzie obiad ani czy będę miała gdzie spać; po drugie, rodzice, kiedy już mieli czas wolny, spędzali go z nami, czyli ze swoimi dziećmi, zabierali nas na każdą imprezę, dzięki czemu zawsze czułam się częścią mojego 'stada' poszerzonego o wszystkich przyjaciół i znajomych; a po trzecie, zawsze byłam traktowana serio i nikt nie chciał mnie ulepszać. Pozostałe troski to efekt uboczny życia. Były, są i będą zawsze. Jak powiada mój mąż - problemy są skalowalne. Dla trzylatka tak samo bolesne jest przestawienie zaparkowanych pod ścianą samochodzików jak dla nas brak miejsca na parkingu pod pracą. Problemy są zawsze.
Dzieciństwo naszych dzieci kreujemy my - rodzice. Niepotrzebnie przy tym poddajemy się presji bycia rodzicem przez duże R. Nie musimy być rozdarci i zagubieni między byciem idealnym rodzicem a zwykłym człowiekiem, który ma dziecko. Dziecko też człowiek. I niech będzie po prostu częścią naszego życia, bo nią jest. Nie ma znaczenia, czy organizujesz mu najlepsze zajęcia w mieście, czy spędzasz każde wolne popołudnie ze swoim dzieckiem sam. Ważne jest, czy dziecko czuje się komfortowo i czy jest szczęśliwe, bo to właśnie będą jego wspomnienia. Pamiętajmy, że dzieci są różne i mają różne potrzeby. Nie dajmy sobie wmówić, że szczęśliwe dzieciństwo to najlepsze lekcje baletu albo lato spędzone pod blokiem na trzepaku.
Nic z tego nie musi być prawdą dla naszego dziecka. A dzieciństwo naszych dzieci będzie takie, jakie my im zafundujemy!
Nic z tego nie musi być prawdą dla naszego dziecka. A dzieciństwo naszych dzieci będzie takie, jakie my im zafundujemy!
Wszystkie obrazki, wpisy i komentarze idealizujące nasze dzieciństwo to nic innego jak wyraz tęsknoty. Za dzieciństwem właśnie. Nasze pokolenie zaczyna zwyczajnie ględzić jak nasi dziadkowie i rodzice, którzy przekonywali nas, że za ich czasów to było inaczej, lepiej, ładniej, cieplej, a świat nie był taki poplątany.
Różnica jest taka, że dziadkowie ględzili na ławeczce przed domem, rodzice przed telewizorem, a my na facebooku.
