Bycie rodzicem, jak każdy rodzic wie, to sprawa skomplikowana. Trzeba być nie tylko czułym opiekunem, klaunem, kucharzem, ale też sprawiedliwym sędzią, mediatorem i menadżerem. Jako menadżer słabo się sprawdzam ostatnio. Mam problem z zarządzaniem rękami. Mam ich za mało, zdecydowanie.

REKLAMA
Poranek:
Mija 7.30, Samek nieubrany, w zasadzie goły biega po mieszkaniu. Proszę, żeby przyszedł, pomogę mu się ubrać. Wołam. Syna nie ma, przychodzi pies. Trzydzieści pięć kilo białej miłości siada naprzeciw i patrzy mi w oczy (jego wzrost zdecydowanie mu na to pozwala, kiedy siedzimy, jego oczy są na wysokości moich oczu, dokładnie).
Wołam ponownie Samuela. Pies przysuwa się bliżej i ślurp! Wielki mokry całus w twarz. Mięknę. Zaczynam drapać psa i mowię: ale fajny ten Riko, można go przytulać i drapać po brzuchu... (nasz wielki, groźny pies leży już na plecach, jęzor wesoło zwisa mu z pyska, a ogon wybija poranny rytm radości). Do pokoju wpada dziecko.
- Mamo! - krzyczy. Po czym wciska się między mnie a psa i demostruje swoje doskonałe umiejętności ubierania się.
Popołudnie:
Popołudniu pies potrzebuje uwagi. A nie, syn chyba bardziej... Samuel włazi na mnie, robi fikołki i stara się za wszelką cenę zająć jak najwięcej miejsca. Dlaczego? Pies stoi obok i czai się na każdy wolny kawałek mojego kolana, ot, choćby tylko pysk przyłożyć... Próbuję jedną reką łapać i przytulać synka, drugą drapię psa za uchem. Po kolejnym fikołu i niecelnym zamachu nogą, dostaję pietą w głowę. Syn dostaje reprymendę i dyscyplinarną izolatkę (3 minuty na czerwonej pufie), pies skulony kładzie się pod stołem.
Ech...wołam psa. Riko kładzie pysk na kolanach i wniebowzięty zagląda mi w oczy. Wzdycham, czekam, aż miną 3 minuty i wołam Samuela. Można się przytulać i drapać psa za uchem. Ale bez fikołków!
Wieczór:
Samuel po kąpieli, w piżamie wybiera z półki książkę do czytania. Myśli, przegląda, nie może się zdecydować. Ja siedzię na jego łóżku i czekam. Riko właśnie wrócił z podwórka. Pan daje komendę: "biegaj!" co znaczy, że pies ma już wytarte łapy i może iść z korytarza, gdzie chce. Ech, no właśnie...pies wpada do pokoju Samka i z rozbiegu uwala się na moich nogach. "Już jestem!" Zdaje się krzyczeć całe jego ciało. Uśmiecham się, sięgam do jego mokrego grzbietu i tarmoszę zimne futro.
Samek niezadowolony - Riko nie! grrr. Ja! - zeskakuje z krzesełka (jakimś cudem zdążył zdecydować się na książkę!) i wskakuje do łóżka.
- Mamo, zrobiłem ci miejsce, wiesz? O tutaj, i masz poduszkę. Poczytasz mi, mamo?
Zabieram nogi spod psa i zarzucam je na łóżko.
Czytamy.
Zasypiamy prawdopodbnie w okolicach piątej strony.
Samek z nogami na ścianie, ja z prawą ręką na Samku, a Riko z pyskiem na dłoni.