
Zaczęło się dość zwyczajnie. Zaproszenie na niedzielną Mszę Świętą. Większą motywacją do wzięcia udziału był sam posłaniec wiadomości w postaci przystojnego mężczyzny niż pobudki duchowe. Ale dla Pana to nie stanowiło przeszkody by zacząć działać…
REKLAMA
W kościele na Dewajtis zabrało się dużo młodych ludzi, małżeństwa z dziećmi i członkowie wspólnot: Nazaret, Joshua, Miriam. Jako gość specjalny został zaproszony świecki misjonarz z Malezji – Jude Antoine. Owinięta szalem usiadłam w pustej ławce. Co jakiś czas obracałam głowę za siebie w poszukiwaniu spowiednika. Ale kiedy przestrzeń wypełniły śpiewy odpuściłam.
Podczas Mszy Świętej uderzyło mnie duże ożywienie zebranych, szczególnie po przyjęciu Pana Jezusa. Bez skrępowania podnosili ręce, kołysali się i śpiewali. Uśmiech i ciepło dominowały, ale tym razem trudno mi było wejść w te pozytywne emocje. Jakby moje serce mówiło NIE. Zamknięta postawa zdziwiła mnie, gdyż zazwyczaj towarzyszy mi nadmiar emocji. Przyjęłam ją jednak jako prawdziwą i nie usiłowałam zmienić. Myśli krążyły wokół posłańca, który kontemplował i nie zwracał na mnie uwagi. Próbowałam zrozumieć jaki był sens przyjazdu na modlitwę w tak odległe miejsce. Przecież mogłam wybrać bliższe rozwiązanie.
Pierwsza część dobiegała końca. Za chwilę inicjatywę miał przejąć Jude prosząc o zesłanie Ducha Świętego oraz za jego pośrednictwem o uzdrowienie duszy i ciała. Usłyszałam jednak, że jeszcze w tym momencie, dla chętnych, będzie możliwość spowiedzi. Zaczęłam wyczekiwać na tę chwilę. W tłumie wypatrzyłam siostrę zakonną strojącą gitarę i postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Podeszłam i zapytałam czy mogłabym skorzystać z sakramentu pokuty. W odpowiedzi na moje „wołanie” w konfesjonale pojawił się ksiądz. Moje słowa były ledwie słyszalne, muzyka usiłowała je zdominować. Nabrałam powietrza i silniej wyznałam to z czym przychodzę od lat… Na zakończenie spowiednik poprosił mnie bym teraz pomodliła się za kogoś kto moim zdaniem najbardziej potrzebuje uzdrowienia. Wybór był prosty, tego dnia zasmucił mnie stan bliskiej mi osoby. Po alkoholu dały o sobie znać jego tłumione frustracje i agresja. To właśnie jemu ofiarowałam modlitwę maryjną.
Podniosłam się z kolan i obserwowałam dalszy przebieg zdarzeń. Misjonarz poprosił członków wspólnot by pomogli mu w modlitwie wstawienniczej. Nakładając dłonie na potrzebujących mieli prosić Boga o uzdrowienie, Jego obecność i działanie. Postanowiłam, że nie skorzystam z tej możliwości. Nie jest mi to potrzebne. Moją uwagę zwróciła jednak pewna para. Od niej, biła skromność i spokój, od niego – skupienie. Modlili się wspólnie z dziewczynką. Ta młoda istota dodała mi odwagi. Kiedy tylko skończyli podeszłam. Kobieta zapytała czy o coś konkretnego chciałabym się pomodlić. Poprosiłam o uzdrowienie mnie z grzechu, z którym w tym dniu przyszłam. Słabości, dającej o sobie znać za każdym razem gdy w moim wnętrzu jest niepokój i poczucie odrzucenia.
Mężczyzna i kobieta położyli dłonie na moim ramieniu i zaczęliśmy się modlić. Zespół muzyczny powtarzał wciąż frazę: „Ześlij deszcz, ześlij deszcz. Otwórz niebiosa nad nami”. I w tym momencie trudno mi wytłumaczyć rozumem co się stało? „Woda” popłynęła z mego wnętrza. Cała zaczęłam drgać a łzy zalewały moją twarz. Zaskoczyła mnie siła tych emocji. Czułam jakby całe zniewolenie i słabość schodziły. Nie walczyłam z tym, pozwoliłam by w niepohamowanym płaczu znalazło ujście. Po dłuższej chwili zagościł we mnie spokój. Otworzyłam oczy. To samo uczynili moi wstawiennicy. Dostrzegłam, że kobieta również opanowana była przez wzruszenie. Nie zamieniliśmy ze sobą już więcej słów a jedynie przytuliliśmy na pożegnanie.
Msza dobiegała końca. Przy wyjściu spotkałam jeszcze mojego posłańca. Podszedł i zapytał jak się czuję. Odpowiedziałam, że dobrze chociaż płakałam. Nie zwlekając położył dłoń na moim ramieniu i uśmiechnął się. Chociaż wydarzenia wieczoru przyćmiły jego osobę to i tak czułam ogromną wdzięczność, że mnie odnalazł i zaprosił.
Ona
