Miałam zły dzień, z tych złych, bardzo złych i najczarniejszych. Nie umiałam się z nikim dogadać, z samą sobą też, i kompletnie brakowało mi dystansu. Wiadomo, koniec tygodnia, przepracowanie i zbyt duże nawarstwienie stresujących sytuacji.

REKLAMA
Współpracownik uważał, że czepiam się bzdur, choć sama nie wiem o co chodzi, bo sama tego nie robię. A na dodatek, i co najgorsze, ciągle coś wymyślam. Jak to typowy, zły szef.
Klientka uznała, że się nie dość angażuję, za mało myślę (!??!) i pewnie po prostu sobie bimbam (bo empatyczna interpretacja zdarzeń, typu „ten człowiek pewnie ma zły dzień”, we współczesnym świecie raczej nigdy nie wchodzi w grę), więc koniecznie trzeba mną wstrząsnąć i to najlepiej ostrym słowem, na tyle mocnym, „żeby do mnie dotarło i żebym dobrze zapamiętała, że tak NIE WOLNO ROBIĆ”. Brrr. Już nigdy, przenigdy nie będę niemiła dla kogoś pracującego w usługach.
Wróciłam po tym okropnym dniu do domu i rozczuliłam się nad sobą – tak bardzo się staram, a i tak denerwuję ludzi. Jestem taka biedna i taka okropna. Nikt mnie nie lubi. Koniec. Dupa. Światła na końcu tunelu nie ma. To co, że jest piątek. Przecież zaraz i tak będzie poniedziałek.
Na szczęście okazało się, że przy mnie jest ktoś, kto dobrze mi życzy i wie co powiedzieć w trudnej sytuacji. Nagle usłyszałam obok siebie spokojny głosik.
– Mamo, nie martw się. Jesteś najwspanialszą i najdzielniejszą mamą na świecie. Kocham Cię i lubię Cię.
Skąd jej przyszło do głowy, żeby tak się odezwać?!
Wtedy już do końca się rozkleiłam. Popłakałam jak bóbr. Prawdziwy szloch z dna serca.
Tym razem ze szczęścia.
http://tytyimama.pl/tyty-pociesza/