Dużo się mówi o braku infrastruktury przyjaznej rodzicom, o barierach architektonicznych, o tych nieszczęsnych PRL-owskich krawężnikach. Że się nie da, że jak za króla ćwieczka, że woła o pomstę do nieba. Jako mimowolny konsument miejskiej przestrzeni publicznej mówię: gówno prawda. To nie (tylko) tu jest problem.
REKLAMA
Jadę z Drugą załatwić kilka Bardzo Ważnych Spraw. Chodnik krzywawy na osiedlu mamy, obrębiony nad miarę, raz czasem kończący się w nicości, ale w sumie do pokonania. Tyrp tyrp, trochę potrzęsie, nic wielkiego. Gorzej, kiedy na nim w poprzek stanie właściciel bardzo zmęczonych nóg, który najchętniej wjechałby swoim maleńkim SUV-em do klatki. Żeby mu nie zmarzł.
Jako że SUV-a nie posiadam, wzdycham tylko z zazdrością i kieruję się na przystanek. Po drodze jeszcze bułka w osiedlowej piekarni. Drzwi na podeście, z jednej strony dwa schodki, z drugiej podjazd dla wózków. Nieużywany nigdy, bo drzwi po prostu nie otwierają się na tę stronę, choć mogłyby przecież – niesamowite! – do środka, bo sklep duży. Wzdycham ponownie. Wnoszę.
Zażerając drożdżówkę mijam Biedrę. Podjazd sensowny, szeroki, z poręczą. Przed nim koperta, o której istnieniu wiem, bo kupuję tam codziennie: dzisiaj akurat nie da się jej zauważyć, bo stoi na niej - o ironio! - samochód ze znaczkiem niepełnosprawnego, tarasując dostęp całkowicie. Co tam, że obok specjalne miejsce, puste. Tu bliżej. Karcę się w duchu, może zajęte było. Znów wnoszę, nałóg zdrapkowy jest silniejszy niż troska o kręgosłup. Kątem oka widzę, jak całkiem sprawny kierowca ładuje zgrzewkę wody do bagażnika.
Przystanek. Niedawno odnowiony, z rozległą, wyprofilowaną zatoczką. Podjeżdża autobus niskopodłogowy. Wiecie, że one wszystkie mają przy środkowych drzwiach takie specjalne klapy, które zmieniają się w podjazd? Nie? Nic dziwnego, zawsze ktoś na nich stoi. Ale to nic, zły projekt, zresztą niepotrzebny – jeśli kierowca sensownie podjedzie, wystarczy tylko leciutko unieść przednie kółka, dziecko sobie z tym poradzi. Co to znaczy bezsensownie? O, tak jak teraz: zostawiając między krawężnikiem a pojazdem odstęp mniejszy niż długość wózka. Nie dosięgniesz przednimi od razu, a jak zjedziesz nimi na jezdnię, tylne się już nie zmieszczą. Więc co? No jasne, przenosisz.
W autobusie, nowoczesny przecież jest, specjalne miejsce na wózki. Zmieszczą się minimum dwa, składane siedzenia obok, dla wygody matek. Wiecznie zajęte. Miejsce, nie siedzenia, niech sobie już siedzą na zdrowie. Chrząkanie nie pomaga, walka na wymowne spojrzenia (idź se pan vs czego chcesz kobieto) jest bezowocna, grzeczne proponowanie wolnych kanap nieopodal zbyte zostaje nierozumiejącym milczeniem (przecież ja tylko dwa przystanki). I tak stoimy na okopanych pozycjach, ja tarasując przejście innym pasażerom, on(a) udając, że nie ma pojęcia, o co chodzi - przecież się ruszył. Trochę. W końcu autobus hamuje, ja najeżdżam, on(a) wyłuskuje się mrucząc.
Wysiadam u celu, ale zanim na uniwersytet, idę na pocztę. Stary budynek, wysoki, podjazd sto razy zakręcany, porządny, ze srebrną plakietką wielbiącą fundatora widoczną z daleka. U samego szczytu ktoś do tej akurat barierki przywiązał pieska. Dużego, agresywnego, bez kagańca. Oceniam na szybko, bez konfrontacji nie przejdę. Wzdycham. Wnoszę.
Uniwersytet podjazdu nie ma, tu unia dołożyła się do innego cuda techniki, platformy schodowej. Nikt, nawet pan, którego wzywam specjalnym guziczkiem (działa!), nie ma pojęcia, co się z nią robi. Może gdyby była w użyciu, to tego, ale ona to w sumie głównie tak, pod pokrowcem. No bo po co, zawsze można przez parking, albo tu, niech pani poczeka. Pomogę wnieść, to tylko parę stopni.
Pół biedy tak. Jestem zdrowa, silna, jestem w stanie temu wózkowi robić za silnik, podnośnik i mechanika. Ale gdybym tak miała dziecko nie w wózku, tylko NA wózku. Gdybym chciała, żeby to dziecko, znając ograniczenia, wykorzystało możliwości. Gdybym je chciała, o wyrodna matka, na zakupy wysłać i na pocztę, bo umie, bo może. Gdybym chciała, żeby kiedyś zapylało na ten uniwersytet. Samo. Wtedy trafiłby mnie szlag.
Drogi Czytelniku! Nie namawiam Cię do wpłaty na żadną fundację, nie zbieram podpisów pod petycją, nie werbuję uczestników pikiety. Ja Cię jak człowieka proszę: rozejrzyj się. Pomyśl. Pozwól mi skorzystać z tego, co już jest.
Weź się czasem przesuń.
*Wpis nie nawiązuje do słynnego artykułu profesora M.; jest za to swoistym załącznikiem do tego tekstu.
